Kurek i Kamiński przewracają się w grobie

Program „Sonda 2” w TVP zapowiada odcinek o zderzaku Łągiewki. Jest mi z tego powodu bardzo smutno. Stara dobra marka Sondy jest używana bezmyślnie do reklamowania rzeczy, które nie są tego warte.

Screenshot_20190406_225220

Pisałam o zderzaku Łągiewki wielokrotnie. Przypomnę w postaci najważniejszych pytań i odpowiedzi:

Pytanie: Czy zderzak Łągiewki łamie dotychczas znane prawa fizyki?

Odpowiedź: NIE

Osoby związane z panem Łągiewką wielokrotnie sugerowały, że zderzak wprowadza jakąś nową fizykę, łamie dotychczas znane prawa fizyki. Miałoby to polegać na tajemniczym zanikaniu siły bezwładności.

Normalnie, gdy rozpędzony samochód zderza się z przeszkodą, to siedzący w środku pasażer odczuwa szarpnięcie do przodu (tak naprawdę nadal porusza się z prędkością samochodu, podczas gdy samochód zostaje gwałtownie zatrzymany). Jeśli pasażer nie jest przypięty pasami, to może np. wypaść przez przednią szybę, a jeśli jest przypięty, to odczuje bolesne wrzynanie się pasów, które go przytrzymują.

Jeśli samochód ma strefę zgniotu, to hamowanie jest mniej gwałtowne i pasażer odczuwa słabsze szarpnięcie. Po prostu: Bez strefy zgniotu utrata prędkości samochodu jest natychmiastowa w punkcie zderzenia się z przeszkodą. Ze strefą zgniotu, utrata prędkości jest rozłożona w czasie na drodze, którą jest długość strefy zgniotu. Na tej samej zasadzie, gdyby kierowca w porę nacisnął hamulec i pomału płynnie wyhamował przed przeszkodą, to utrata prędkości nastąpiłaby na drodze hamowania. Gdy hamujemy powoli (czy to za sprawą hamulca, czy strefy zgniotu, czy jakiegokolwiek zderzaka, amortyzatora itp.), to samochód ucieka nam spod tyłka wolniej. To oznacza z punktu widzenia nas jako pasażera, że siła bezwładności wciąż na nas działa, ale jest mniejsza. Jeśli hamujemy wystarczająco delikatnie i długo, to wystarczy samo tarcie naszego tyłka o fotel, żeby nas uchronić przed zderzeniem z przednią szybą.

Uwaga: Każdy hamulec czy zderzak dowolnej konstrukcji to robi. Wydłuża drogę, na której samochód traci prędkość. Utrata dużej prędkości na krótkiej drodze – bezwładność wyrzuca nas przez przednią szybę. Utrata dużej prędkości na długiej drodze – bezwładność powoduje, że może trochę przechylamy się do przodu w fotelu, ale nie wypadamy przez szybę.

A teraz wróćmy do zderzaka Łągiewki: W wersji proponowanej przez otoczenie pana Łągiewki, jego zderzak miałby powodować niewyjaśniony zanik siły bezwładności. Tak, że nawet utrata dużej prędkości na krótkiej drodze nie spowodowałaby wypadnięcia pasażera przez szybę. Z punktu widzenia znanych praw fizyki jest to niemożliwe. Pan Łągiewka i ludzie z nim związani nie dostarczyli żadnego przekonującego dowodu, że takie zjawisko zachodzi.

Pytanie: Czy zderzak Łągiewki działa?

Odpowiedź: TAK, ale jak każdy inny zderzak, czyli zgodnie z prawami fizyki.

On działa – w takim sensie, że owszem, amortyzuje zderzenia, przekazując energię zderzenia elementowi obrotowemu. Na filmie widać, że wystający wihajster wsuwa się podczas zderzenia i wtedy za pomocą zębatki obraca rodzaj koła zamachowego. Ten wsuwający się wihajster z zębatką wydłuża drogę hamowania. Na jego długości następuje stopniowa utrata prędkości pojazdu. Ale inne rodzaje zderzaków (strefa zgniotu, amortyzator hydrauliczny, poduszka puchowa) robią to samo, tylko przekazują energię zderzenia nie kołu zamachowemu, lecz nieuporządkowanym ruchom cząsteczek materii, z której zbudowana jest strefa zgniotu, poduszka czy płyn w amortyzatorze.

Tak więc, owszem, samochody mogłyby mieć zderzak Łągiewki zamiast strefy zgniotu. Wtedy miałyby pod maską koło zamachowe, a przed maską kilkudziesięciocentymetrowy wysięgnik, który w razie zderzenia wsunie się pod maskę i zakręci kołem zamachowym.

Pytanie: Czy zderzak Łągiewki jest lepszy od innych zderzaków?

Odpowiedź: Nie wiadomo.

Czy jest to rozwiązanie praktyczne? Nie jestem inżynierem, ale wydaje mi się, że w przypadku samochodów – raczej nie. Zderzenia samochodów zdarzają się pod najróżniejszymi kątami. Tymczasem zderzak Łągiewki zadziałałby prawidłowo tylko przy zderzeniu idealnie czołowym.

Ludzie związani z Łągiewką wskazują jako zaletę zderzaka to, że energia zderzenia nie jest dyssypowana w nieuporządkowane ruchy cząsteczek zgniatanej materii (taka energia jest raczej nie do odzyskania), lecz w uporządkowany ruch obrotowy koła zamachowego. Dzięki temu można ją potem odzyskać. To ważna cecha tej konstrukcji, ale nie ma akurat sensu w wynalazkach proponowanych przez otoczenie pana Łągiewki, takich jak zderzaki samochodowe czy bariery autostradowe. Po prostu dlatego, że zderzenia zdarzają się sporadycznie, a odzyskiwanie energii z tych zderzeń nie jest absolutnie priorytetem.

Ogólnie, rozwiązanie polegające na magazynowaniu energii hamowania w kole zamachowym jest doskonale znane inżynierom. Nie jest to nic nowego.

Pan Łągiewka i jego ludzie nie dostarczyli jak dotąd przekonujących dowodów, że ich konstrukcja w jakikolwiek sposób przewyższa dotychczas znane konstrukcje. Być może istnieją takie zastosowania, ale tutaj ciężar dowodu spoczywa na konstruktorach.

Pytanie: Czy dostępne w internecie filmy porównujące zderzak Łągiewki z innymi konstrukcjami są dowodem, że zderzak Łągiewki jest lepszy od innych zderzaków?

Odpowiedź: NIE.

Dostępne w internecie filmy nie stanowią dowodu na wyższość zderzaka Łągiewki nad innymi zderzakami, ponieważ pokazane tam „porównania” są nieprawidłowe metodologicznie:

– Albo porównuje się zderzak Łągiewki ze sprężyną (dlaczego to bez sensu – wyjaśniam tu; krótko: sprężyna natychmiast po zatrzymaniu pojazdu oddaje energię zderzenia, tak że nie zatrzymuje pojazdu na stałe, lecz powoduje jego jazdę w przeciwną stronę);

– Albo porównuje się zderzenie pojazdu mającego zderzak Łągiewki ze zderzeniem bez jakiejkolwiek amortyzacji (jak tutaj).

Tak więc filmy pokazują jedynie, że zderzak Łągiewki zamontowany w samochodzie byłby lepszy od sprężyny zamontowanej z przodu samochodu, oraz od samochodu nie posiadającego żadnego zderzaka ani strefy zgniotu.

Reklamy

Obywatel Wajno

A. Wajno, „Kapitalizacja przyszłości”, „Woprosy ekonomiki i prawa” 2012
(А. Вайно, «Капитализация будущего», «Вопросы экономики и права» 2012)
http://law–journal.ru/files/pdf/201204/201204_42.pdf
via scihumor.dirty.ru

Czy pamiętacie książkę Piotra Goćka „Demokrator”? Jej pierwsze wydanie kilka lat temu przeszło bez echa. Jednak drugie wydanie, czyjąś genialną decyzją wypuszczone tuż po Putinowskiej aneksji Krymu, leżało w Empiku w stosach naprzeciwko samiutkiego wejścia – jako proroczy bestseller. Brawurowe science-fiction, gdzieś między Lemem a Tatianą Tołstoj, opisuje jakby Rosję przyszłości.

Kraj rządzony przez Obywatela Szajdo.

Geniusza, wynalazcę. To on wynalazł szajdogenerator, dzięki któremu ojczyzna zyskała nieskończone źródło darmowej energii. Zasada działania szajdogeneratora była oczywiście ściśle strzeżoną tajemnicą państwową. Obywatel Szajdo na tym nie poprzestał i idąc za ciosem wynalazł właściwie wszystko: W pierwszej kolejności szajdobomby i szajdoloty do zastosowań militarnych, a gdy już zapewnił swoim poddanym całkowitą satysfakcję w sferze geopolitycznej, to zwrócił się ku zastosowaniom cywilnym – w ten sposób powstał szereg wynalazków uszczęśliwiających obywateli, takich jak szajdochody i szajdowizja.

A tymczasem w dzisiejszej Rosji prezydent Władimir Putin zdymisjonował dotychczas zaufanego szefa swej prezydenckiej administracji i na jego miejsce powołał szerzej nieznanego Antona Wajno.

Anton Wajno

Anton Wajno, źródło: Wikipedia

Podobieństwo nazwisk wydało mi się zabawne. Ale ciarki przeszły mi po plecach, gdy przeczytałam o działalności naukowej obywatela Wajno: Otóż zajmuje się on opracowywaniem zastosowań dla tajemniczego rosyjskiego wynalazku – nooskopu.

Czym jest nooskop? Można próbować się tego dowiedzieć z pracy Antona Wajno, opublikowanej w podobno recenzowanym rosyjskim czasopiśmie naukowym „Woprosy ekonomiki i prawa”. Artykuł ma tytuł „Kapitalizacja przyszłości” a streszczenie głosi:

Sformułowano paradygmat zarządzania prewencyjnego, polegający na zapobieganiu kryzysom poprzez kapitalizację przyszłości.

Tu moja uwaga: Cała praca Antona Wajno napisana jest hermetycznym, postmodernistycznym językiem. Zaczęłam się obawiać, że moja amatorska znajomość języka rosyjskiego prawdopodobnie nie wystarcza do sensownego przetłumaczenia nawet fragmentów tekstu. Jednak po przejrzeniu rosyjskojęzycznych stron omawiających tę pracę – a wysyp nastąpił w ostatnich dniach – pocieszyłam się: Rosjanie też nic z tego nie rozumieją…

Nooskop, jak pisze autor, wynaleziony został w Rosji w 2011 roku. Jego nazwa wzięła się stąd, że służy on do rejestracji zmian w „noosferze”. A noosfera to, według akademika W. Wiernadskiego cytowanego w artykule, „biosfera przetworzona myślą naukową, przygotowywana od setek milionów, może miliardów lat przez proces, który stworzył Homo sapiens faber”.

Obywatel Wajno definiuje nooskop następująco:

Prognoza i zapobieganie kryzysowym z-Darzeniom [współ-Byciom? – tłumaczenie bardziej literalne] na mapie drogowej rozwoju odbywa się za pomocą nooskopu (opisanego w ponad 50 patentach) – urządzenia składającego się z sieci skanerów przestrzennych, przeznaczonych do odbioru i rejestracji zmian w biosferze i działalności człowieka za pomocą transakcji – klatek filmowych z-Darzenia – obrazu skrzyżowania przestrzeni-czasu-życia. Sieć sensorowa nooskopu, począwszy od kart bankowych nowej generacji, a skończywszy na „inteligentnym kurzujednoznacznie identyfikuje z-Darzenia w przestrzeni i czasie.

O czym jest tak naprawdę ta praca? Zawiera bełkotliwy opis i równie bełkotliwe rysunki, przypominające diagramy Lacana. Wydaje się, że Wajno opisuje tak naprawdę po prostu internet i różne urządzenia podłączone do niego. Autor rozwodzi się nad wieloma drobiazgami, np. możliwością stworzenia systemów zarządzania komunikacją miejską, czy zintegrowanych systemów bankowych – jakby ignorując, że coś takiego na świecie już istnieje. Postuluje uruchomienie sensorów czytających emocje ludzi.

Jednak co ważne – Obywatel Wajno chce połączyć to wszystko w jedną wszechwiedzącą sieć. Słowem, permanentna inwigilacja. Problem już od dawna poruszany najpierw przez autorów science-fiction i futurologów, a obecnie już przez publicystów, działaczy społecznych i polityków. W artykule brakuje jednak najważniejszego: Załóżmy, że Wielki Brat jest w stanie to wszystko zarejestrować. Jednak nie podano, w jaki sposób miałby tę wiedzę zastosować do przewidywania przyszłości?

Chrystus to Zjednoczone Pole Energii, czyli przestrzeń kwantowa

Na Onecie wywiad z aktorem Krzysztofem Pieczyńskim, znanym jako doktor Bruno z serialu „Na dobre i na złe”.

– Moja wizja ma niewielki odbiór, bo niewiele osób o niej wie. Zaprzestańcie nienawiści i dajcie mi media do dyspozycji.

(…)

– Kościół też nie jest święty, bo przeszkadza w przyspieszonej ewolucji człowieka.

A jak miałaby ona wyglądać?

Pozwoliłaby odzyskać piękno człowieka adamowego – takiego, jakim był Adam, pierwszy człowiek, który miał ciało ze światła. Kościół przeszkadza w odzyskaniu przez człowieka tej „szaty chwały”.

Ze światła?

Każda cząstka materii, każdy elektron w atomie ma swoją równowartość matematyczną w cząstce światła. Nasze ciało może zostać przebudowane w zgodzie z boskim obrazem.

(…)

Jezus z Nazaretu mówi, że Chrystus jest substancją, która przenika wszystko i jest podstawowym budulcem życia – to jest Zjednoczone Pole Energii, czyli przestrzeń kwantowa.

Podziękowania dla Magdy Cz.

Rosja, monitoring łżenauki: Czeczeńskie perpetuum mobile

Oto kolejny kandydat na obywatela Szajdo, tj. zbawiciela Rosji od zależności energetycznej. Czeczeński wynalazca perpetuum mobile, mieszkaniec Groznego, z wykształcenia reżyser. Pisze o nim Komisja do spraw Walki z Pseudonauką Rosyjskiej Akademii Nauk.

Wynalazek Musy Alisułtanowa rozreklamowała Rossijskaja Gazieta, oficjalny organ rządowy Federacji Rosyjskiej. Konstrukcję perpetuum mobile finansowało państwowe przedsiębiorstwo „Strojinwesticji” z branży „prac ogólnobudowlanych”.

Ma to być „mini-elektrownia, która autonomicznie wytwarza i wysyła prąd„. Ustrojstwo „łamie prawa ciążenia ziemskiego, tarcia, a także szereg praw Newtona i Pitagorasa” (to cytaty z Rossijskoj Gaziety).

Dalej zacytuję streszczenie Komisji:

Jak zwykle w podobnych przypadkach, wynalazca opowiada rozdzierające duszę historie o tym, jak podsyłano do niego bandytów, aby wykradli „sekret know-how i wykorzystali go„, jednak „cała dokumentacja została ukryta w zaufanym miejscu„. Przy tym w planach samego Alisułtanowa jest postawić swoje urządzenia we wszystkich wsiach Czeczenii i zbierać na ich obsługę po 100 rubli od rodziny.

Główny inżynier przedsiębiorstwa państwowego „Strojinwesticji”, Bekchan Gagałow, twierdzi na łamach Rossijskoj Gaziety:

Musa Alisułtanow nie wtajemnicza nas w szczegóły, u niego wszystko jest tajne… Ale jeśli zezwoliłem mu pracować na terenie przedsiębiorstwa i moi robotnicy pomagają mu, to znaczy, że my w niego wierzymy. Sponsorujemy, finansujemy.

Na koniec Komisja podaje ciekawostkę świadczącą o tym, że przedsiębiorstwo już wcześniej dorobiło się sławy: W 2013 roku byłemu dyrektorowi „Strojinwesticji” wytoczono sprawę karną o wyprowadzenie z firmy 80 milionów rubli.

Petersburskie przedsiębiorstwo wodociągowe dla obywatela

W różnych miastach w Polsce, w tym także w Warszawie, można już pić wodę prosto z kranu. W ten sposób znaleźliśmy się po cywilizowanej stronie świata i pewne problemy nas nie dotyczą. Tymczasem Komisja do spraw Walki z Pseudonauką Rosyjskiej Akademii Nauk musi wciąż walczyć z problemami starego świata, w którym kranówa nie nadaje się do spożycia bez przegotowania. Filtracja, przegotowywanie, dezynfekcja – to sprawa zrzucona na barki obywatela. Przedsiębiorstwo wodociągowe tymczasem podejmuje działania na całkiem innym froncie.

Właśnie niedawno pisałam o dziwnym zabobonie dotyczącym święconej wody, który pojawił się w Rosji. Z tego co pisze Komisja do spraw Walki z Pseudonauką, wynika jednak, że to chyba jakaś plaga. Komisja opublikowała w swoim serwisie – tak! ma specjalny serwis internetowy, istną kopalnię niezwykłości – taki oto tekst, napisany dość urzędowym językiem:

Jak powiadomił kierownik Państwowego Przedsiębiorstwa Unitarnego „Wodokanał Sankt-Petersburga” [opowiednik naszego MPWiKu, ale w scentralizowanej gospodarce rosyjskiej jest to przedsiębiorstwo nie miejskie, lecz państwowe], Feliks Karmazynow – zgodnie z jego rozporządzeniem w przedsiębiorstwie prowadzi się rytuały poświęcania wody wodociągowej zgodnie z tradycją prawosławną. Praktyka ta budzi szereg obaw, o których Komisja do spraw Walki z Pseudonauką uważa za niezbędne powiadomić społeczeństwo.

Wielu wierzących jest przekonanych, że przy poświęceniu woda przybiera szczególne właściwości jako substancja materialna. Uważa się, że uwalnia się ona od bakterii i szkodliwych zanieczyszczeń, przybiera właściwości lecznicze. Wszystko to nie odpowiada rzeczywistości i nie ma podstaw w chrześcijańskim kanonie religijnym, to jest należy do kategorii zabobonów. Tym niemniej, wierzący nierzadko sądzą, że uzdatnianie święconej wody (filtracja, przegotowywanie, dezynfekcja) narusza jej „świętość” lub stanowi znak słabej wiary. Są też księża, którzy podtrzymują w ludziach te przekonania.

W efekcie rytuały masowego święcenia wody prowadzą do tego, że używając jej wierni nierzadko zaniedbują niezbędne środki higieny. Tak na przykład w styczniu 2010 roku w Irkucku, po spożyciu wody z poświęconego przerębla i podziemnych źródeł, ponad 300 osób (wśród nich połowa dzieci) zwróciło się po pomoc medyczną (RIA Nowosti). Analizy laboratoryjne wykazały u poszkodowanych liczne infekcje rotawirusowe jelit (newsru.com). Niska jakość wody w poświęconych źródłach daje się też zauważyć w innych krajach (vesti.ru).

Biorąc pod uwagę, jak rozpowszechnione są błędne przekonania na temat właściwości wody święconej, Komisja RAN do spraw Walki z Pseudonauką zaleca wszystkim odpowiedzialnym instytucjom powstrzymanie się od prób święcenia wody w ujęciach przeznaczonych dla masowego użytku. Społeczeństwo powinno być poinformowane o tym, że poświęcenie wody to czysto duchowy religijny rytuał, który w żaden sposób nie wpływa na fizyczne, chemiczne i biologiczne własności wody. Z wodą święconą należy się obchodzić dokładnie tak jak ze zwykłą, to jest w razie potrzeby oczyszczać i przegotowywać.

Błędnym także jest rozpowszechnione przekonanie, jakoby dotknięcie wody srebrnym krzyżem podczas obrzędu święcenia napełniało ją jonami srebra, zabijającymi bakterie. Srebro zalicza się do substancji wysokiego ryzyka. Jednak właściwości bakteriostatyczne (hamujące namnażanie) i selektywne właściwości bakteriobójcze przyjmuje ono dopiero przy takim stężeniu, przy którym woda staje się niezdatna do picia.

Oprócz tego, Komisja uważa za konieczne zauważyć, że w branży wodociągowej jest wiele palących problemów związanych z zapewnieniem jakości wody, jej nieprzerwanych dostaw, a także z odprowadzaniem i oczyszczaniem ścieków. W tych warunkach, niecelowe jest wydatkowanie środków takiej jednostki budżetowej, jak „Wodokanał”, na przeprowadzanie rytuałów religijnych, zamiast na utrzymanie i modernizację bazy produkcyjnej i sieci wodociągowo-kanalizacyjnej.

Jakiś czas temu pracownicy Wydziału Fizyki Petersburskiego Uniwersytetu Państwowego skierowali do przedsiębiorstwa „Wodokanał” zapytanie, w którym podali w wątpliwość celowość święcenia wody wodociągowej i zauważali, że jest ona dostarczana nie tylko chrześcijanom. W odpowiedzi Feliks Karmazynow stwierdził: „Nie sądzę, żeby święcenie wody zgodne z prawosławną tradycją przyniosło jakąkolwiek szkodę muzułmanom czy ateistom.”

Jednak biorąc pod uwagę wysoki poziom rozpowszechnienia przesądów związanych z wodą święconą, takie rytuały prowadzą do ogólnego obniżenia bezpieczeństwa sanitarno-higienicznego, z powodu zmiany przyjętych praktyk obchodzenia się ludzi z wodą. Na przykład, gdy jeden z członków rodziny z powodów religinych przeszkadza innym uzdatniać poświęconą wodę wodociągową. Jeszcze gorzej, jeśli coś takiego będzie się dziać w instytucjach dziecięcych lub medycznych. Wszystko to może mieć negatywny wpływ na różne kategorie ludności, niezależnie od wyznania.

Nie podając w wątpliwość prawa wierzących do wyznawania swojej religii i odprawiania odpowiednich rytuałów, Komisja do spraw Walki z Pseudonauką podkreśla, że w świeckim państwie jednostki budżetowe nie powinny brać udziału w odprawianiu rytuałów religijnych, tym bardziej stanowiących choćby pośrednio ryzyko dla zdrowia ludzkiego.

Aleksander Siergiejew

Desant „kwantowego doktora” na polskie uczelnie

Wydział Farmaceutyczny Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu współorganizuje sympozjum Integracyjne podejście w profilaktyce i leczeniu chorób przewlekłych i onkologicznych. Niestety nie wszycy zaproszeni prelegenci budzą zaufanie.

Dr Amit Goswami ma wygłosić wykład „Znaczenie i zastosowanie fizyki kwantowej w medycynie.”

Nie da się ukryć, że osiągnięcia mechaniki kwantowej okazały się podstawą wielu technologii wykorzystywanych w medycynie. Przede wszystkim, bez mechaniki kwantowej nie byłoby technologii półprzewodnikowych, a więc  wszelakich urządzeń elektronicznych. Nie byłoby laserów, z których korzysta się np. w chirurgii czy w pewnych rodzajach tomografii; lasery są też używane w nowoczesnej mikroskopii, w badaniach nad wnętrzem żywych komórek – a te badania przekładają się na wiedzę medyczną. Nie byłoby obrazowania metodą rezonansu magnetycznego. Nie byłoby metod przewidywania właściwości nowych związków chemicznych, a więc także nowych lekarstw. Dodajcie więcej, jeśli o czymś zapomniałam.

Czyżby o tym wszystkim chciał mówić dr Goswami?

Ależ nie.

Dr Goswami jest przedstawicielem tzw. „medycyny kwantowej” – nie ma to nic wspólnego ani z medycyną, ani z fizyką. Jest to tylko kolejny rodzaj magicznego uzdrowicielstwa, z tym, że ubrany w pseudonaukowy bełkot zaczerpnięty z terminologii mechaniki kwantowej. W kompletnie pozbawiony zrozumienia sposób żongluje się tam słowami „energia”, „informacja”, „zasada nieoznaczoności”.

Amit Goswami napisał książkę Lekarz kwantowy (Quantum doctor). Jest tam wszystko: ciało witalne, ajurweda, czakry, tradycyjna medycyna chińska, homeopatia, umysł kwantowy, inteligencja ponadmentalna. Autor proponuje leczenie „myśleniem kwantowym” i twierdzi, że „fizyka kwantowa jasno określa charakterystykę relacji lekarz-pacjent”.

Artykuł Victora Stengera „Quantum quackery” ładnie przekłada na ludzki język, o co naprawdę chodzi w tych wymysłach i dlaczego prawdziwa mechanika kwantowa nie ma z tym nic wspólnego: Chodzi tam o „holistyczną” wiarę, że wszystko w kosmosie jest mistycznie połączone i że można na to wpływać świadomością, która wprawia w wibracje jakiś mistyczny eter. A wiara ta jest ubrana w źle rozumiane strzępki informacji o nielokalności kwantowej i funkcjach falowych.

Jest to o tyle dziwne, że dr Goswami naprawdę jest fizykiem. Zalicza się więc do kategorii tych, którzy zeszli na złą drogę. W 1964 roku w Kalkucie zdobył doktorat z teoretyczcnej fizyki jądrowej, a w latach 1968-1997 pracował na stanowisku profesora na University of Oregon. Na google scholar można prześledzić jego publikacje naukowe i, jak się okazuje, nie całkiem naukowe. Do lat 80. publikował całkiem normalne prace z fizyki jądrowej w uznanych, recenzowanych czasopismach naukowych. W latach 80. jednak zaczął odjeżdżać i publikować w czasopismach nie mających związku z fizyką: jakiś „PSI Research”, „Journal of Creative Behavior” itp. Pierwszy artykuł z tej serii to Kwantowa teoria świadomości i psi z 1986 roku. Streszczenie głosi, że autor

Dyskutuje związek między badaniami psi a kwantową teorią świadomości. Postuluje, że mechanika kwantowa, oryginalnie rozwinięta w związku z atomem, prowadzi naukowców do nowego poglądu na świat, który nie tylko dozwala i wyjaśnia poznanie pozazmysłowe, ale także używa danych z poznania pozazmysłowego, by budować nową naukę o świadomości.

A potem już sypnęło samymi publikacjami z tej dziedziny. Prof. Goswami porzucił fizykę i najwidoczniej dlatego przestał być profesorem. Uniwersytet widać podziękował mu za współpracę. [Edit: Ale znalazłam właśnie w internecie wzmianki, że raczej odszedł na emeryturę. Jeszcze w 2003 roku prowadził zajęcia z informatyki na University of Oregon.] Tymczasem badacz zaczął odjeżdżać w stronę biologii i publikować „kwantowe wyjaśnienia” dotyczące teorii ewolucji, proponując, że stoi za nią jakaś kosmiczna świadomość, przejawiająca się w mechanice kwantowej (patrz np. tu lub tu). Następnie  „wyjaśnił kwantowo” rezonans morficzny Sheldrake’a, pseudonaukowy koncept, zgodnie z którym samoorganizacja we Wszechświecie opiera się na tajemniczej kosmicznej pamięci i telepatycznej łączności pomiędzy bytami. A dalej już tylko gorzej – długa lista publikacji o kwantowym wszystkim: „duchowej ekonomii”, „kwantowym biznesie”, no i oczywiście „kwantowej medycynie”.

O „medycynie kwantowej” można by napisać dużo więcej. To nie tylko dr Goswami i nie tylko ta nieszczęsna konferencja. Okazuje się, że jest mnóstwo znachorów oferujących uzdrawianie „kwantami”. Dotyk kwantowy – uzdrawiająca moc dłoni. Uzdrawianie kwantowe – leczenie bez skalpela. Myślenie kwantowe. Itd. Itp. Pod hasłem „terapia kwantowa” otwiera się w wyszukiwarce cała masa reklam gabinetów zarabiających na „uzdrawianiu”.

Nie wypowiem się tutaj o pozostałych prelegentach wrocławskiej konferencji. Być może są tam zupełnie normalni lekarze, nieświadomi, w czym biorą udział. Jednak pewne tytuły innych wystąpień także włączają mi dzwoneczek alarmowy. Ale o to może już pytajcie kompetentnych medyków, np. Sporothrix.

Okazuje się tymczasem, że Wrocławski Uniwersytet Medyczny to nie jedyna polska uczelnia, która dała się nabrać na dr. Goswamiego. Najpierw zaserwuję wam lajcik: Biblioteka Politechniki Gdańskiej w 2014 roku nabyła książkę Goswamiego Kwantowy umysł, wydaną przez białostockie Studio Astropsychologii. To nie koniec: Jeden profesor z Gdańska chyba wypożyczył tę książkę, bo w 2014 roku w Wyższej Szkole Społeczno-Ekonomicznej w Gdańsku  z całkowitą powagą zacytował Amita Goswamiego w wykładzie inauguracyjnym na początek roku akademickiego.

To może coś lepszego: W 2012 roku Szkoła Wyższa Psychologii Społecznej zaprosiła dr. Goswamiego na wykład, jak radzić sobie ze smutkiem i przezwyciężać depresję (o czym donosi serwis Nauka w Polsce Polskiej Agencji Prasowej)… Co ciekawe, na stronie SWPS okazuje się, że wykład był raczej o tym, jak zostać milionerem! Niewątpliwie wszechstronny jest ten pan doktór. 

A teraz trzymajcie się: Wykład dr. Goswamiego „Quantum activism” był w programie studiów doktoranckich z psychologii na SWPS!

Rosyjscy uczeni odkryli: Znak krzyża zabija zarazki

Był taki news swego czasu powtarzany w licznych mediach cerkiewnych: Rosyjscy naukowcy udowodnili, że zrobienie znaku krzyża zabija zarazki i zmienia właściwości wody.

Główną odkrywczynią jest inżynier elektronik Angelina Małachowska z laboratorium technologii medyczno-biologicznych w petersburskim Instytucie Naukowo-Badawczym Medycyny Morskiej i Przemysłowej. Jej afiliację podaje ta strona. Obecnie na stronie instytutu nie ma już tego laboratorium, ale web.archive.org pokazuje, że kiedyś było i czym się zajmowało: „Medyczne technologie rezonansowo-falowe”, „biofizyka elektromagnetycznych, kwantowo-optycznych i optycznych oddziaływań na organizm”, „fizjoterapia biorezonansowa, kwantowa i elektroimpulsowa”. Z daleka śmierdzi Oberonem lub czymś pokrewnym. Nic dziwnego, że laboratorium kilka lat temu zamknięto.

Naukowcy badali skutki modlitwy „Ojcze nasz” i oddziaływanie znaku krzyża prawosławnego na bakterie chorobotwórcze. Do badania pobrano próbki wody z różnych miejsc – ze studni, z rzeki i z jeziora. Wszystkie próbki zawierały bakterie E. coli, Staphylococcus aureus. Okazało się jednak, że „jeśli czytasz modlitwę „Ojcze nasz” i błogosławisz wodę krucyfiksem, ilość szkodliwych drobnoustrojów zmniejsza się 7, 10, 100, a nawet 1000 razy!”.

Znak krzyża zmienia gęstość optyczną wody prawie natychmiast. Gęstość optyczna wody pobranej z kranu po uczynienia znaku krzyża przez wiernych wzrasta prawie 1,5 -krotnie, a gdy czynności tej dokonuje duchowny aż 2,5 – krotnie. Woda potrafi odróżnić ponoć stopień wiary człowieka, który ją święci.

Jest też coś w stylu Emoto i jego inteligentnej wody (tu cały dział o tym):

„Okazało się, że gęstość optyczna w stosunku do jej wartości początkowej wzrastała od momentu poświęcenia” – mówi Angelina Malakhovskaya. „Oznacza to, że woda wydaje się odróżniać sens wypowiedziany w modlitwie nad nią, pamięta ten wpływ i utrzymuje go przez czas nieokreślony w postaci wzrostu wartości gęstości optycznej. Woda zdaje się być wówczas nasycona światłem. Ludzkie oko nie może oczywiście wyłapać tych zdrowych zmian w strukturze wody, ale spektrograf zapewnia obiektywną ocenę oddziaływania czynionych znaków”. 

[źródło: innemedium.pl za rusfront.ru]

Rosyjska uczona napisała nawet książkę „Co wyjaśnia lecznicze właściwości wody święconej, prawosławnej modlitwy i znaku krzyża?”.

Dodać należy, że inżynier Małachowska jest członkiem Związku Prawosławnych Uczonych Rosji. Stowarzyszenie to jest jednym z fundatorów Narodowego Uniwersytetu Prawosławnego Sankt-Petersburga i Leningradzkiej Obłasti. Na zdjęciu warto zauważyć studentki w chustkach. Prawosławnym zwyczajem jest nakładać chustkę w cerkwi. Ale chodzić w chustce na uczelnię, to coś nowego. 

Przez chwilę zastanawiałam się, czy nie jest to jakieś niedopatrzenie, że w Polsce nie ma Związku Uczonych Katolickich. Jednak prawdopodobnie to skutek wpływu Jana Pawła II – jego pozytywnego nastawienia wobec prawdziwych nauk ścisłych i przyrodniczych – że nikomu w Polsce nie przyszło do głowy robić alternatywnej „nauki katolickiej”. Ale papież już dawno nie żyje, więc wszystko przed nami. 

Za podesłanie tematu dziękuję panu Jackowi Sierpińskiemu.