Nieudana habilitacja z psychologii kwantowej

Nasz nieoceniony korespondent, dr hab. Paweł F. Góra z UJ, pisze:

Jawność postępowań habilitacyjnych, którą przyniosła nowelizacja Ustawy o stopniach naukowych etc, powoduje, że oczom zdumionego świata ukazują się takie oto persony:

Adamski Adam

Świat stoi w niemym osłupieniu. Habilitant zajmuje się psychologią kwantową, powołuje się na teorię pól torsyjnych Akimova (to właśnie kazało mi pomyśleć o Młodym Fizyku).

Rzeczywiście, oto cały dział Młodego Fizyka poświęcony Akimowowi.

Ale ponieważ zajmuje się też – a przynajmniej tak mu się wydaje – percepcją muzyki, twierdzi, iż wykazał naukowo, że:

„Muzyka typu house, heavy-metal, techno zaburzają rozwój aparatu rozrodczego u dziewcząt, czynność menstruacyjną rytmów biologicznych i prowadzi, to do: niepłodności, trudności z utrzymaniem ciąży, chorób somatycznych i skłonności do dysfunkcji psychicznych.”

Warto w tym miejscu zaznaczyć, iż habilitant jest absolwentem Wydziału Filozofii Chrześcijańskiej KUL. Tam też musiał się zetknąć z ks. prof. Sedlakiem, co wpłynęło na główny nurt działalności nieszczęsnego habilitanta. O swojej podstawowej dyscyplinie kandydat pisze tak:

„Quantum psychology is able to accept the thesis that consciousness in its process of operation may behave as a wave or a particle, and it can also include linear and nonlinear processes.”

W dodatku, jak to wykazał jeden z recenzentów, książka habilitacyjna kandydata oparta jest na masowych plagiatach dzieł innych autorów, którzy co prawda reprezentują podobny poziom merytoryczny, ale przynajmniej są oryginalni (i, na szczęście, nie piszą o muzyce).

Zwrócę uwagę, że recenzentem książki habilitacyjnej był nasz kolejny znajomy z Młodego Fizyka, prof. Jan Trąbka:

Fragment recenzji prof. dr hab. Andrzeja Wróbla
z Instytutu Biologii Doświadczalnej im. M. Nenckiego PAN

 

Smutne jest, że habilitant uczył i uczy studentów na różnych uczelniach.

Fragmenty recenzji prof. dr hab. Andrzeja Wróbla
z Instytutu Biologii Doświadczalnej im. M. Nenckiego PAN

A tak, tak – dr Adamski jest biegłym sądowym z zakresu psychologii, strach się bać:

Fragment autoreferatu dr. Adamskiego,
rozdział o działalności i współpracy z instytucjami

Żeby tego było mało… (Dziewczęta! Nie słuchajcie metalu i techno!)

Fragment autoreferatu dr. Adamskiego,
rozdział o działalności i współpracy z instytucjami

W komentarzu pod blogiem Robię Habilitację PFG zwrócił uwagę:

Recenzent nr 2 (prof. Wróbel z Instytutu Nenckiego) musiał się strasznie wkurzyć, skoro postawił wniosek o kontrolę wydziału zatrudniającego tego nieszczęsnego habilitanta.

I rzeczywiście:

Fragment recenzji prof. dr hab. Andrzeja Wróbla
z Instytutu Biologii Doświadczalnej im. M. Nenckiego PAN

PFG pisze dalej do Młodego Fizyka:

Moim zdaniem CK popełniła błąd wszczynając to postępowanie, gdyż kandydat nie spełnia warunku formalnego określonego w Ustawie: nie posiada dorobku naukowego ani nie wykazuje się aktywnością naukową. Skoro jednak CK postępowania wszczęła, trzech recenzentów otrząsnęło się z osłupienia, potraktowało dzieła kandydata merytorycznie i powiedzieć, że je w swoich recenzjach zmiażdżyło, to nic nie powiedzieć. W końcowym głosowaniu na Radzie Wydziału Psychologii UW nikt (sic!) nie był za przyznaniem stopnia.

Szkoda, że CK nie powołała na recenzenta ks dr hab. Piotra Natanka. Ten, zbudowany poglądami kandydata na temat muzyki, gotów byłby dać recenzję pozytywną i byłoby jeszcze zabawniej.

„Kolejny tytuł popularnonaukowy Agory”

Wirtualne Media piszą:

“Szósty zmysł” – Agora wchodzi w segment popularnonaukowy

Na rynku pojawił się właśnie kolejny tytuł popularnonaukowy. Agora wprowadziła właśnie do sprzedaży kwartalnik “Szósty zmysł”, którego tematem są niewyjaśnione zjawiska i zdarzenia. (…) “Szósty zmysł” to kolejny tytuł popularnonaukowy, który w przeciągu ostatnich miesięcy pojawił się na rynku.

Wirtualnym Mediom gratulujemy rozeznania w branży.

Sprawdziłam – Agora, na szczęście, nie uważa swojego nowego produktu za popularnonaukowy. Czytelnikom polecam natomiast smakowite szczegóły:

W pierwszym numerze czytelnicy znajdą tekst o telepatii i breatharianizmie – odżywaniu się energią świetlną, podpowiedzi, jak trafić szóstkę w lotto i jak żyć w rytmie kalendarza księżycowego, a także artykuł o tym, czy sprawdzą się przepowiednie o końcu naszej cywilizacji. Magazyn przedstawia także sylwetkę najsłynniejszego polskiego jasnowidza Stefana Ossowieckiego.

Dzięki vermiculusowi.

Dęty news o Całunie Turyńskim – demaskacja

Bardzo polecam ten artykuł: Na łamach Tygodnika Powszechnego dr hab. Piotr Wasylczyk, fizyk z Uniwersytetu Warszawskiego, demaskuje niedawnego dętego newsa o Całunie Turyńskim. Powtarzały go równie ochoczo media katolickie jak i świeckie, bo akurat szło Boże Narodzenie.

„Naukowcy twierdzą, że Całun Turyński jest nadprzyrodzony (supernatural)” – ogłosił dziennik „The Independent” kilka dni przed Bożym Narodzeniem. Co właściwie odkryto?

O co chodziło w badaniach nad całunem, które nagłośniono w mediach? Okazuje się, że po prostu stwierdzono, iż takiego obrazu nie da się w pełni odtworzyć za pomocą lasera ultrafioletowego. Wyciąganie z tego wniosku, że człowiek w ogóle tego nie mógł stworzyć, jest kompletnie nielogiczne. Przecież jasne jest, że w średniowieczu nie mieli laserów. Również dla wierzących chrześcijan powinno być jasne, że Jezus niekoniecznie musiał jarzyć promieniowaniem UV, gdy zmartwychwstawał. Jest to kolejny przykład, jak dziennikarze epatują bezmyślnych ludzi magicznym zaklęciem: „naukowcy odkryli”.

Zderzak Łągiewki w Wyborczej

Gazeta Wyborcza opublikowała artykuł Człowiek, który przejechał Newtona. (Tutaj ten sam artykuł na wyborcza.biz, z odrębnym forum do komentowania przez internautów.)

Mam do niego kilka komentarzy.

1. Dziennikarz brał udział w eksperymencie z wózkiem:

Zaintrygowani wysyłamy na taką próbę naszego fotografa. Łukasz Giza jedzie do Kowar. Co widzi? Zamiast stadionu – dom kultury, zamiast malucha – aluminiowy wózek na ukośnej szynie. Jeden fotel, pasów brak. Wsiada. Kilka metrów przed nim – fragment bariery drogowej. Pierwsza próba – bez absorbera. Blokada zwolniona, wózek rozpędza się i

– Bach! Brutalne uderzenie metalu o metal. Huk i wstrząs – wózek aż podskoczył. Gdybym nie zapierał się rękami i nogami, wyleciałbym na zbity łeb – opowiada tuż po próbie.

A z absorberem?

– Ogromna różnica – zapewnia Łukasz. – O wiele ciszej i łagodniej. Już nie wyrywało mnie z fotela. Plecy ledwo oderwały mi się od oparcia. 

A gdyby do wózka, na którym jechał red. Giza, przywiązano wielką poduszkę puchową? Ogromna różnica! O wiele ciszej i łagodniej! Cud, panie redaktorze! Opatentować poduszkę! Poduszka łamie prawa fizyki!

To samo dotyczy drugiego opisanego eksperymentu:

W ramach rozgrzewki Przemysław Łągiewka objeżdża z zespołem różne światowe targi i wystawy (wszędzie duże wrażenie robi opisywana wyżej próba zderzeniowa w miniaturze – wózek ma wielkość cegły, a funkcję Łukasza Gizy pełni w nim moneta, która bez absorbera spada, a z absorberem ledwie się przesuwa).

Autorzy artykułu chyba nie zrozumieli, że te doświadczenia nie dowodzą wyższości zderzaka Łągiewki nad jakimkolwiek innym amortyzatorem. Nie dowodzą też łamania praw fizyki przez ten zderzak.

2. Artykuł zaprzecza głosom niektórych internautów, że autorzy EPAR nie twierdzą nic o łamaniu praw fizyki:

W materiale TVP z 15.10.2011 prof. Gumuła powiedział:

-Istnieją jednak takie elementy tego zjawiska, które wytłumaczyć na bazie istniejącej fizyki jest trudno, nad tym pracujemy.

W artykule z Wyborczej prof. Gumuła to potwierdza:

Choć na wytracenie prędkości było tylko 20 cm, zarówno auto, jak i nieprzypięty pasami kierowca wychodzą z tych prób bez szwanku. Jedynym poturbowanym jest Newton, ojciec fizyki klasycznej. Dlaczego? Bo uczestnicy prób utrzymują, jakoby urządzenie minimalizowało siłę bezwładności (która powinna rzucić jadących do przodu). A więc robiło coś, co nawet teoretycznie wydawało się niemożliwe.

Nic dziwnego, że wielu widzów potraktowało pokaz jako cyrkową sztuczkę. Tymczasem

Siła bezwładności faktycznie ulega zmniejszeniu – przyznaje prof. Stanisław Gumuła z AGH

Tymczasem na blogu Będąc Młodym Fizykiem pokazałam, że udostępnione na stronach firmy EPAR publikacje (w zamierzeniu autorów – naukowe) niczego takiego nie dowodzą. Pokazuję, że w tych publikacjach są następujące nieścisłości:

– Wykres prędkości pojazdu zderzającego się z przeszkodą nie pasuje do wykresu przyspieszenia tegoż pojazdu (przyśpieszenie powinno być pierwszą pochodną prędkości po czasie, a nie jest). Choć przyspieszenie, jak twierdzą autorzy, wyliczone zostało przez nich z wykresu prędkości. Prędkość ta mierzona była z zewnątrz pojazdu.

– Ponieważ siła jest proporcjonalna do przyspieszenia, to wykres siły zderzenia powinien być proporcjonalny do wykresu przyspieszenia. A nie jest.

– Autorzy porównują wykres przyspieszenia mierzonego na zewnątrz pojazdu z wykresem przyspieszenia mierzonego wewnątrz. Wykresy te nie są takie same, przyspieszenie wewnątrz pojazdu jest z tajemniczych powodów mniejsze, a zatem według nich łamane są prawa fizyki. Problem w tym, że trudno uważać wykres przyspieszenia mierzonego na zewnątrz pojazdu za wiarygodny, kiedy nie zgadza się on z wykresem siły zderzenia.

– W dwóch publikacjach pokazane są dwie różne konstrukcje zderzaka, ale te same wykresy doświadczalne. Nie jest wyjaśnione w tekstach, czy pokazane konstrukcje to te, które używano w eksperymencie.

– W publikacjach brak informacji o metodach pomiarów (tylko co do niektórych pomiarów podano, jakie urządzenia zostały tam użyte). Brak też informacji, jaką metodą przeliczono wykres prędkości na wykres przyspieszenia (te dwa właśnie do siebie nie pasowały).

– W publikacji o windzie autorzy ograniczyli się do stwierdzenia, że urządzenie redukuje tam przeciążenia, ale nie podali żadnych danych doświadczalnych, które by to popierały.

Mój wniosek jest taki, że publikacje te nie spełniają kryteriów bycia publikacjami naukowymi. Jestem przekonana, że w recenzowanych czasopismach z listy filadelfijskiej zostałyby z pewnością odrzucone. Publikacji takich nie można uznać za dowód, że wynalazek w niewyjaśniony sposób redukuje siłę bezwładności i łamie prawa fizyki.


3. Artykuł zaprzecza wrażeniu wysnutemu przez wielu internautów z innych przekazów medialnych o zderzaku, jakoby to uniwersytet w Cambridge rozpoczął spór z Łągiewką o patent. Było przeciwnie – spór rozpoczęła firma Łągiewki:

W styczniu 2010 r. zaczyna się korespondencyjny ping-pong między obiema stronami, a ściślej ich kancelariami prawnymi. Serwują Polacy: „Pragniemy zasygnalizować podobieństwo naszego rozwiązania Prosimy o ustosunkowanie się W przeciwnym razie podejmiemy działania zmierzające do zablokowania patentu”.

4. Artykuł zaprzecza teoriom spiskowym wysnutym przez niektórych internautów, jakoby wynalazca z Cambridge ukradł wynalazek Łągiewce. Nikt nikomu niczego nie ukradł, bo nawet rzecznicy patentowi, w tym jeden wynajęty przez Łągiewkę, przyznają, że Łągiewka wynalazek upublicznił. A jak można ukraść coś upublicznionego? 

Jerzy Ziółkowski, rzecznik patentowy wynajęty przez Łągiewków. (…) Co mogą wskórać Polacy? – Jedynie unieważnić patent. Bo to, żeby pan Łągiewka stał się jego autorem, absolutnie nie wchodzi w grę. Dlaczego? Ponieważ upublicznił swój wynalazek – twierdzą Adam Pawłowski i Jerzy Ziółkowski. Obaj rzecznicy patentowi są zgodni, że był to kardynalny błąd. 

5. Może i gadanie o łamaniu praw fizyki przysparza publicity, ale nie ułatwia patentowania. Przyznają to sami rzecznicy patentowi – w tym jeden wynajęty przez Łągiewkę:

Drugim błędem Lucjana Łągiewki był sposób, w jaki tłumaczył działanie absorbera. „Gdyby nie mówił, że wywraca to czy inne prawo, lecz po prostu go opisał, losy wynalazku, jak i pewnie samego wynalazcy, potoczyłyby się inaczej. Patrz Smith i jego inerter”


6. Nieprawda, że zderzak Łągiewki nie działa. On działa – w takim sensie, że owszem, amortyzuje zderzenia, przekazując energię zderzenia elementowi obrotowemu.

Natomiast nie zostały zaprezentowane publicznie dowody
a) że łamie on prawa fizyki (patrz punkt 2)
b) że i w jaki sposób jest lepszy od istniejących obecnie zderzaków, amortyzatorów, stref zgniotu, poduszek, etc. Dostępne w internecie prezentacje nie stanowią dowodu, ponieważ albo porównują EPAR ze sprężyną (dlaczego to bez sensu – wyjaśniam tu), albo porównują zderzenie z EPAR ze zderzeniem bez jakiejkolwiek amortyzacji (jak tutaj).

[Dopisuję punkt 6. 13.1.2012, po przeczytaniu dalszych dyskusji pod artykułem.]

Uniwersytet Przyrodniczy w Poznaniu zamontował odpromienniki żył wodnych

„Troje pracowników Centrum Kultury Fizycznej Uniwersytetu Przyrodniczego w Poznaniu zachorowało na raka. Po zamieszaniu wśród kadry uczelnia postanowiła sprawdzić, czy ta sytuacja może mieć związek z miejscem pracy. I choć zdaniem władz centrum nie potwierdzają tego żadne badania, w budynku przy ul. Dojazd w Poznaniu zostaną zamontowane odpromienniki żył wodnych. ” – donosi onet.pl za Polska The Times.

viXra

viXra to baza publikacji niedocenionych.

arXiv jest znaną internetową bazą naukowych preprintów. Niektóre (nie wszystkie) czasopisma naukowe zezwalają naukowcom na umieszczenie tutaj swojego artykułu naukowego, zanim zostanie ostatecznie opublikowany w recenzowanym czasopiśmie. Ludzie wrzucają tutaj swoje prace głównie z dwóch powodów: 1. Dzięki temu wstępna wersja artykułu może być dostępna dla czytelników nie posiadających subskrypcji czasopisma. 2. Mogłoby się to ewentualnie przydać przy udowadnianiu pierwszeństwa publikacji. Mój kolega Michał opisał na innym blogu, jak miło i przyjemnie jest korzystać z arXiv.

Jednak nie dla wszystkich jest miło i przyjemnie. W 2004 roku, z powodu dużego „przerobu” i pojawiania się pseudonaukowych tekstów, arXiv wprowadził system weryfikacji autorów. Choć w zasadzie każdy może opublikować swój artykuł na tym serwisie, to w pewnych przypadkach administratorzy wymagają potwierdzenia przez innego użytkownika-naukowca, że dany autor rzeczywiście należy do społeczności naukowej, ma znajomość podstaw danej dziedziny i nie zamierza opublikować bijącej po oczach bzdury.

Z tego powodu osoby odrzucone przez arXiv założyły alternatywną bazę preprintów, viXra, na której można publikować bez spełniania tych wymagań. Warto zajrzeć na wykaz najnowszych artykułów. Pojawiają się tam znajome z Młodego Fizyka pola morficzne i świadomość kwantowa, poza tym podróże nadświetlne, homeopatia, ciemne fotony, związki typów psychologicznych z materią oraz antymaterią, i inne. Miłej lektury.

(Dzięki Włodkowi N.)

Laboratorium Energii Subtelnych

Pana Włodzimierza Zylbertala, założyciela i fundatora Laboratorium Energii Subtelnych, poznałam dzięki zderzakowi Łągiewki:

Model pojazdu ze zderzakiem Łągiewki osobiście testowałem w moim laboratorium i na własne intensywnie przecierane oczy widziałem, jak działa. A że laboratorium jest „świrologiczne” (badam wszelkie energie „para”, w tym pola torsyjne), to i wykryłem, gdzie podziewa się energia zderzenia. Otóż ruch obrotowy, a dokładniej – sama oś obrotu, to rodzaj połączenia ze światami równoległymi. 

Uff, to było mocne uderzenie!

Wreszcie rozumiemy, jak działa omawiane przez nas niedawno doświadczenie:

Crash-test w moim laboratorium odbył się przy prędkości kilku kilometrów na godzinę, a wynik widać było, gdy w chwili zderzenia „lokomotywki” ze ścianą luźno leżący na konstrukcji kawałek metalu nie zsunął się, wbrew potocznemu doświadczeniu. Dokładnie w chwili zderzenia wystąpiła też transmisja w „inne” wymiary.

W tej sytuacji nie pozostało mi nic innego jak udać się na stronę Laboratorium pana Zylbertala i dowiedzieć się, jakimi innowacjami będzie mógł poratować ojczystą gospodarkę w kryzysie.

Cele badań
Czym zajmuje się Laboratorium?
Aby dobrze orientować się w świecie energii subtelnych, trzeba umieć je mierzyć i porównywać – a dziś techniki pomiarowe energii subtelnych zaledwie raczkują. Ich udoskonalenie jest jednym z największych wyzwań psychotroniki.
Takie właśnie cele stawia sobie Laboratorium Energii Subtelnych.
Laboratorium zajmuje się obecnie częścią psychotroniki najbardziej zbliżoną do nauk przyrodniczych, czyli stykiem energii subtelnych z fizyką i biologią. Na tym styku otrzymano interesujące rezultaty w zakresie technologii pomiarowych tajemniczych dziś energii.

Radzę czytelnikom przejrzeć kolejno wszystkie podstrony tej witryny, bo ja na każdej znalazałam coś, z czego można boki zrywać. Do tego stopnia, że zaczęłam podejrzewać szefa Laboratorium o bycie inteligentnym jajcarzem. Który jednakże wystawia klientom słone rachunki.

Urocze są schematy i wykresy w dziale Obserwacje i hipotezy wynikające z badań prowadzonych w Laboratorium. Albo dział Publikacje obce:

W tym dziale polecamy publikacje nie pochodzące z Laboratorium, ale związane z naszą tematyką i uznane przez nas za wartościowe.

Albo dział Doradztwo biznesowe:

Laboratorium Energii Subtelnych dysponuje wieloletnim doświadczeniem w zakresie szybkiej i precyzyjnej oceny metodami psychotronicznymi przedsięwzięć gospodarczych i ludzi w nich uczestniczących. Posługujemy się wyrafinowanymi metodami analiz dywinacyjnych i psychometrycznych. Metody te w większości przypadków nie wymagają kontaktu diagnosty z osobą ocenianą.

Wspaniała jest kronika osiągnięć Laboratorium. Wynika z niej, że instytucja świadczy usługi biznesowi sprzedającemu ludziom kit.

Październik 2010
Laboratorium rozpoczęło program komercyjnego wykorzystania swego potencjału, opracowując technologie i wyroby dla kilku producentów urządzeń powszechnego użytku.

Skoro te firmy kupują „technologie” od Laboratorium, czy można powiedzieć, że Laboratorium sprzedaje kit wyższego rzędu?… Chylę czoła przed wyczuciem biznesowym pana Zylbertala.

Na koniec jeszcze jeden powód do radości:

14.12.2007
Prezentacja niektórych osiągnięć Laboratorium na kongresie „Duchowość Astrologii” zorganizowanym przez INS AGH Kraków.

Rzeczywiście taka konferencja miała miejsce! Na stronie Wydziału Humanistycznego AGH mamy informację, która sugeruje konferencję poświęconą naukowemu opisowi społecznego fenomenu astrologii:

W programie czytamy:

Konferencja jest jedną z pierwszych w powojennej nauce prób przekrojowej analizy zjawiska, jakim jest współczesna polska astrologia. Proponujemy dyskusję między środowiskiem współczesnych astrologów i światem nauki, której celem ma być opis szeroko rozumianej duchowości, jaką prezentuje astrologia.

Czy mam rozumieć, że pan Zylbertal i jego koledzy występowali na konferencji w charakterze eksponatów? Astrolog składający relację ze zjazdu nie miał takiego poczucia:

Uczestników najbardziej ciekawiło to, czy astrolog finansowy jest w stanie rozbić bank.

Zderzak Łągiewki – „Rozstrzygający eksperyment”

W komentarzach pod innym wpisem o zderzaku Łągiewki poproszono mnie o wyjaśnienie tego fragmentu filmu:

Najpierw puszczany jest wózek ze zderzakiem Łągiewki. Urządzenie działa jak klasyczny zderzak – wydłuża drogę hamowania. Równie dobrze mógłby to być amortyzator hydrauliczny, tylko że w amortyzatorze energia zderzenia jest rozpraszana w cieczy, natomiast tutaj jest ona przekazywana obrotowemu elementowi mechanicznemu. Nie ma w tym nic, czego nie opisywałaby klasyczna fizyka. Wózek zderza się ze ścianą za pośrednictwem zderzaka. Zderzak wsuwając się obraca element obrotowy (jest to tutaj chyba walec obracany za pomocą zębatki). Zatem część energii zostaje w ten sposób przekazana obrotowemu walcowi. Zderzak wsuwa sie do końca, ale ponieważ wózek wciąż jeszcze ma pewną prędkość, to odbija się od ściany (na skutek sprężystości materiału ściany oraz wózka) i jedzie kawałek w przeciwnym kierunku. Na wózku leży blaszka. Podczas hamowania wózka bezwładność pcha blaszkę nieco do przodu, póki nie zatrzyma się ona na skutek tarcia o wózek. Blaszka przesuwa się o niewielką odległość, tak że nie spada z wózka.

Następnie puszczany jest wózek, gdzie zamiast zderzaka znajduje się sprężynka o takie długości, jak wcześniej zderzak. Wózek zderza się ze ścianą za pośrednictwem sprężyny. Im bliżej znajduje się ściany, tym wolniej jedzie, a sprężyna coraz mocniej się zaciska. W końcu sprężyna odbija wózek – zaczyna on jechać w przeciwnym kierunku, ale szybciej niż w przypadku ze zderzakiem. Blaszka na skutek bezwładności spada z wózka.

Nie bardzo wiadomo, co autorzy filmu chcą udowodnić tym eksperymentem.

No bo dlaczego blaszka w pierwszym przypadku nie spada, a w drugim spada? Zderzak wywiera mniej więcej stałą siłę hamującą (ergo utrata prędkości jest stała na całej drodze hamowania), natomiast sprężyna wywiera siłę proporcjonalną do jej odkształcenia (czyli utrata prędkości jest tym większa, im bliżej ściany). W obu przypadkach największa siła jest wywarta na wózek w momencie odbicia od ściany – wtedy zmiana pędu w jednostce czasu jest największa – bo pęd zmienia zwrot na przeciwny. Ale w przypadku zderzaka, do chwili zderzenia ze ścianą duża część energii już została przekazana obrotowemu walcowi, dlatego wózek słabo odbija się od ściany i blaszka odczuwa małą siłę bezwładności. Natomiast w przypadku sprężyny, energia jest akumulowana właśnie w tej sprężynie – dlatego po maksymalnym ściśnięciu sprężyna oddaje tę energię i wypycha wózek w przeciwną stronę. Dlatego wózek odbija się mocniej, blaszka odczuwa większą siłę bezwładności i w efekcie spada z wózka.

Błąd tutaj polega na porównywaniu dwóch różnych efektów – zderzak pochłania energię i jej nie oddaje (zostaje ona w kręcącym się walcu), natomiast sprężyna gromadzi energię, po czym ją oddaje wózkowi. W dodatku w przypadku zderzaka siła hamująca jest stała, więc blaszka odczuwa stałą siłę bezwładności na całej drodze hamowania, a w przypadku sprężyny siła hamująca zwiększa się wraz ze zbliżaniem do ściany, więc blaszka odczuwa coraz większą siłę bezwładności.

Gdyby autorzy chcieli zaprezentować wiarygodne porównanie, to powinni porównać zderzak Łągiewki z np. amortyzatorem hydraulicznym o takiej samej długości i stawiającym taki sam opór przy ściskaniu, co zderzak. Zgodnie z zasadami znanej nam fizyki, wówczas w obu przypadkach blaszka powinna zachować się tak samo. Jeśli natomiast jest prawdą to, co twierdzi pan Łągiewka, że jego zderzak w tajemniczy sposób dodatkowo redukuje siłę bezwładności (w co osobiście wątpię), to byłoby widać różnicę: na wózku wyposażonym w zderzak blaszka przesunęłaby się mniej, niż na wózku z amortyzatorem. Ten film jednak tego nie dowodzi.



Ksiądz Sedlak

Warto przeczytać krótki tekst o ks. Sedlaku w Gazecie Wyborczej. Otóż pewna szkoła wyższa zorganizowała konferencję na temat jego dorobku. Szkoda, że red. Cieśliński nie wypunktował dokładniej, co jest nie tak z teoriami Sedlaka. Starają się to zrobić internauci w komentarzach pod artykułem.

Internauta cmoscmos pisze:

Ja czytając w tamtych czasach książkę Sedlaka („Homo Electronicus„, czy jakoś tak) miałem wrażenie, że publikacja jej w naukowej serii „+/- nieskończoność” z podkreśleniem że autor jest profesorem na KUL-u miało na celu kompromitację tej uczelni i kościoła przy okazji. Sorry, ale to był totalny bełkot, taka próba napisania jak największej ilości zdań z przymiotnikiem „kwantowomechaniczny„, nie udało mi się tam znaleźć dyskutowalnej tezy, a wszystkie podane w niej liczby i sprawdzalne fakty były błędne. Od tego czasu jestem zdecydowanym przeciwnikiem finansowania KUL-u ze środków państwowych. 

Ja czytałem „Homo electronicus” w roku 1984. Użycie w każdym zdaniu mądrego słowa „kwantowomechaniczny” nie powoduje że to zdanie zaczyna mieć sens. On na przyklad na poważnie wysnuwał teorie, że rozwój mózgu o hominidów był związany ze zmianą postawy na wyprostowaną, bo pola elektromagnetyczne zaczęły działac wzdłuż kręgosłupa, a nie w poprzek. Pomijając nawet bzdurne założenie że kierunek tych pól elektromagnetycznych jest jakoś związany z kierunkiem wektora grawitacji (może na biegunie dałoby się to jakoś uzasadnić, ale skąd tam hominidy?) to taką teorię można obalić jednym paluszkiem – gdzie te wspaniałe mózgi żyraf, które przecież też mają kręgosłup bliski pionu, ale znacznie dłuższy.

No i jeżeli profesor od czegokolwiek uwaźa za tajemnicę dlaczego kiedyś do robienia stali wystarczała dymarka (robił eksperymenty z dymarkami) a teraz potrzeba całej huty to trudno brać poważnie jakiekolwiek jego wynurzenia. Ja rozumiem że wtedy nie było internetu, a w bibliotece KUL-u nie było nic o metalurgii, ale naprawdę można było znaleźć jakąś książkę na ten temat i się dowiedzieć, zamiast bzdurzyć o niewyjaśnionych tajemnicach. A w całej książce nie było sformułowanej ani jednej tezy. Specjalnie szukałem. Ani jednej. Nawet najmniejszej. Tylko nic nie znaczący bełkot ze słowem „kwantowomechniczny” w każdym zdaniu. 

No, może nie w każdym zdaniu, ale można sobie sprawdzić, że Homo electronicus to rzeczywiście bełkot. W innych pismach ks. Sedlaka, nawet o tak intrygujących tytułach, jak Technologia Ewangelii, jest to samo. „Strumień świadomości” pełen mądrych wyrazów, ale nic nie znaczący.

Jednak ks. Sedlak cieszy się w Polsce niezrozumiałą estymą. Jak pisze Katolicka Agencja Informacyjna, miasto Radom ustanowiło rok 2011 rokiem ks. Sedlaka:

W konfesjonale radomskiej katedry, gdzie przez lata spowiadał ks. Sedlak, ma pojawić się tabliczka upamiętniająca wybitnego kapłana.

O Sedlaku przychylnie piszą różne uczelnie. Miesięcznik Uniwersytetu Śląskiego publikuje artykuł: Bóg dokonuje się kwantowo. Kwartalnik naukowy Uniwersytetu Kardynała Stanisława Wyszyńskiego publikuje artykuł: Granice wiedzy i wiary w ujęciu W. Sedlaka na tle współczesnych typów relacji między naukami przyrodniczymi a refleksją teologiczno-filozoficzną. Z tych tekstów wynika, że polska myśl teologiczna (hłe hłe) uważa ks. Sedlaka za prawdziwego naukowca-przyrodnika, w dodatku łącznika z teologią. Najwidoczniej tego rodzaju pseudonaukowe bajania łatwo dają się wkomponować w to, co w Polsce nazywa się uprawianiem teologii katolickiej.

Oczywiście Katolicki Uniwersytet Lubelski, alma mater księdza, poświęca mu dużo wzmianek w internecie. Co ciekawe, studenci są tam uczeni teorii Sedlaka! Tutaj lista zagadnień do kolokwium z jakiegoś przedmiotu. Nie jestem pewna, co to za przedmiot i kto go wykłada, ale pracuje na KULu prof. Józef Zon, uczeń Sedlaka. Czyżby to on? Jest kierownikiem i jedynym pracownikiem Katedry Biologii Teoretycznej KUL.

Na marginesie, ciekawa jest organizacja tej uczelni, bo Katedra Biologii Teoretycznej należy do Instytutu Filozofii Przyrody i Nauk Przyrodniczych. Należy do niego również Katedra Fizyki Teoretycznej. Jeśli chodzi o katedrę fizyki, to część jej pracowników rzeczywiście uprawia fizykę, a część zajmuje się tylko filozofią jakoś tam powiązaną z zagadnieniami fizyki. Natomiast nazwa „Katedra Biologii Teoretycznej” jest myląca, bo nikt nie zajmuje się tam biologią. Prof. Zon poświęca się jedynie filozofii jakoś tam powiązanej z biologią.

Ciekawe jest, że prof. Zon wystąpił na KULowskiej konferencji poświęconej pseudonauce i paranauce z referatem o twórczości ks. Sedlaka: Kryteria demarkacji między nauką, para- i pseudonauką na przykładzie kontrowersji wokół bioplazmy. Brzmi dość dobrze, sugeruje, że ks. Sedlak na bakier z nauką jednak był. Ale ciekawe co było w referacie? Znalazłam dłuższą pracę prof. Zona na ten temat: Bioplazma i plazma fizyczna w układach żywych – Studium przyrodnicze oraz filozoficzne. Jest zadziwiająca. Bo z jednej strony streszcza zarzuty o nienaukowość, jakie stawiano Sedlakowi (str.157), i niby przyznaje im rację, ale podsumowuje:

Po zapoznaniu się z przedstawionymi listami argumentów i opinii negatywnych, sformułowanych w odniesieniu do twórczości Sedlaka oraz Sedlaka jako osoby widać, że zdecydowanie przeważają te o charakterze metodologicznym, metodycznym oraz personalnym. Argumentów rzeczowych jest stosunkowo niewiele.

Czyli tak: Argumenty ad personam są brzydkie. OK. Ale argumenty metodologiczne są jakby przeciwstawione „argumentom rzeczowym”. Że niby krytykowano metodologię badań Sedlaka, lecz „rzeczowych” błędów mu nie wykazano. To zabawne, bo czytając strumień świadomości księdza profesora widzimy, że najpierw potrzeba by jakiejkolwiek metodologii, żeby móc sformułować rzeczowe tezy, które można poddać dyskusji. A tych tez, jak napisał cmoscmos, najwyraźniej nie ma.

W dalszym ciągu tego rozdziału autor lamentuje nad tym, że nikt się na Sedlaku nie poznał, bo gdyby oczyścić i usystematyzować jego idee, to na pewno! na pewno! miałyby wartość poznawczą i aplikacyjną. Przecież Sedlak był samoukiem, nie miał wsparcia laboratoryjnego i finansowego. Przecież był ambitny i świadomie narażał się na frontalne ataki. To smutne, ale w Polsce panuje kult dobrych chęci. Tymczasem w naukach przyrodniczych liczą się wyniki, a nie dobre chęci. Takie tłumaczenia są niepoważne.

Prof. Zon jednak brnie jeszcze dalej: Mówi, że cała ta sedlakowska bioplazma to metafora, i że stworzenie owej metafory jest zasługą księdza profesora dla nauk przyrodniczych, bo „metafory mają swoje pełnoprawne miejsce także w języku biologii i biofizyki”. A w następnych rozdziałach – autor proponuje dalsze badania nad znalezieniem mimo wszystko „bioplazmy” w organizmach żywych.

Blog o fizyce kwantowej

Bloga quantumbbs.com nie polecam nie-fizykom zainteresowanym mechaniką kwantową. (Z góry wyjaśniam w razie, gdyby ktoś wszedł tu przypadkiem z gógla.)

Blog wygląda, jakby autor przepisywał – nie, nie z podręczników mechaniki kwantowej, lecz ze wstępów do nich – takie ogólnikowe stwierdzenia, które stwarzają pozory zrozumiałości. Utwierdzony w przekonaniu, że wie, o co chodzi, okrasza je własnymi przemyśleniami. 

 

Świadomość kwantowa

Wielu lekarzy, neurologów, naukowców, biologów i genetyków, jak i również psychologów uważa, iż kwanty występują nie tylko i wyłącznie we wszechświecie, ale i również wewnątrz organizmów żywych.

Tym samym można pokusić się o teorię według to której nasza świadomość, to nic innego jak mikroskopijne cząsteczki kwantowe, które to niestety same również posiadają świadomość i mogą nami dowolnie sterować.

Jest to teoria bardzo ryzykowna i zarazem wielce nieprawdopodobna w mniemaniu zwykłego człowieka. Dla naukowców jest to jednak kolejny fakt, który należy kiedyś udowodnić. Czy rzeczywiście możliwe jest by w naszych neuronach i przekaźnikach nerwowych występowały swoiste białka, jakie to posiadają mikroskopijne rozmiary i oczywiście są zdolne do wywoływania określonych reakcji.

Jeśli te białka zbudowane są z kwantów, to wnętrze naszych neuronów musi stanowić swoistą czasoprzestrzeń. Jeśli jest to dodatkowo taka sama czasoprzestrzeń z jakiej zbudowany jest wszechświat, to doskonale wiemy, że w takim wypadku zdąża ona do ściśle określonego celu.