Kto zmajstrował ten bajzel

Racjonalista.pl czasem promuje udowadnianie twierdzeń metafizycznych za pomocą fizyki. Jako fizyk znajduję takie postępowanie wysoce nieracjonalnym…

W artykule Co za ulga: Wszechświat chyba pulsuje! autor cieszy się, że pojawiła się jakaś teoria alternatywna do Wielkiego Wybuchu. Dzięki temu, jego zdaniem, można z ulgą wykluczyć istnienie Pana Boga. Cytuje pewnego astrofizyka:

– Wychodzi na to, że Stary nie miał kompletnie nic do roboty przy majstrowaniu tego bajzlu

– i dodaje ironicznie: pewno mason! Mason, nie mason, jeżeli rozumie przez to, że fizyka właśnie udowodniła nieistnienie Boga, to wykroczył poza swoje kompetencje. I wcale nie dlatego, że np. teologia miałaby być nauką słuszną, czy w ogóle nauką. Być może Boga nie ma, a teologia to bzdura. Lecz problem jest w tym, że fizyka się Bogiem wcale nie zajmuje.

Tutaj można by chwilę dyskutować o przypadkach, gdy ludzie religijni wyobrażają sobie Boga jako coś udowadnialnego metodami fizyki. Czy fizyka nie może pokazać, że coś takiego nie istnieje? Np. człekokształtny pan przesuwający palcem planety? Może. Fizyka pokazała, że takiego pana z palcem rzeczywiście nie ma. Ale trzeba dobrze zrozumieć: w tym przypadku, postulując istnienie Boga jako bytu fizycznego, to teologia wykroczyła poza swoje kompetencje. Jeśli więc jakiś teolog mówi, że Wielki Wybuch jest dowodem na istnienie Boga, to wypowiada nonsens tego samego rodzaju, jak fizyk twierdzący, że brak Wielkiego Wybuchu jest dowodem na nieistnienie Boga.

 

Zabobony Racjonalisty

Czytelnicy prosili mnie o komentarz na temat portalu racjonalista.pl. Z punktu widzenia fizyka, mogę kompetentnie wypowiedzieć się o tych tekstach na ich witrynie, które zahaczają o fizykę.

Weźmy np. Wywiad z Vincentem Icke z cyklu "Bóg nie istnieje".

Profesor Vincent Icke jest znakomitym astrofizykiem, autorem kilku artykułów w prestiżowym piśmie Nature. W wywiadzie profesor dzieli się swoimi prywatnymi przemyśleniami na temat religii i istnienia Boga. Co tu nie gra?

W największej części, jak sądzę, winę ponosi redakcja racjonalisty.pl, która podciągnęła ten interesujący skądinąd wywiad pod tytuł "Bóg nie istnieje" – przy czym profesor Icke jako żywo niczego takiego nie stwierdza.

Drugi problem – nie wiem, czy przypisywać go Ickemu, czy pewnie bardziej redaktorom przeprowadzającym wywiad – polega na niebezpiecznym balansowaniu na granicy kompetencji. Na czym to polega: Otóż każdy fizyk ma prawo udzielać publicznie wypowiedzi, w których przedstawiałby swoje poglądy na rozmaite kwestie spoza fizyki. W tym, oczywiście, bez wyjątku – na religię. Przekroczeniem kompetencji jest jednak sugerowanie, że będąc autorytetem z fizyki może on bardziej autorytatywnie od innych ludzi wypowiadać się o kwestiach całkiem nie związanych z fizyką.

Drugi zabobon związany z autorytetem to przekonanie, że istnieją autorytety, że tak powiem, powszechne, to jest ludzie, którzy są autorytetami we wszystkich dziedzinach. Tak oczywiście nie jest. Każdy człowiek jest najwyżej autorytetem w jakiejś określonej dziedzinie, albo paru dziedzinach, ale nigdy we wszystkich. Einstein na przykład był niewątpliwie autorytetem w dziedzinie fizyki, ale bynajmniej nie w dziedzinie moralności, polityki albo religii. Niestety uznawanie takich powszechnych autorytetów jest zabobonem bardzo rozpowszechnionym. Kiedy na przykład grono profesorów uniwersyteckich podpisuje zbiorowo manifest polityczny, zakłada się, że czytelnicy będą ich uważali za autorytety w dziedzinie polityki, którymi oni oczywiście nic są a więc coś w rodzaju uznania autorytetu powszechnego uczonych. Bo ci profesorowie są zapewne autorytetami w dziedzinie rewolucji francuskiej, ceramiki chińskiej albo rachunku prawdopodobieństwa, ale nie w dziedzinie polityki i nadużywają przez takie oświadczenie swojego autorytetu.

Sto zabobonów, o. prof. Józef Maria Bocheński – logik, filozof, rektor Uniwersytetu we Fryburgu Szwajcarskim i – jak na złość – duchowny Kościoła katolickiego, który portal racjonalista.pl tak krytykuje za uleganie zabobonom…

Pan Agnosiewicz, racjonaliści i irracjonaliści

We wpisie Przesilenie grawitacyjne wyraziłam wątpliwość co do racjonalizmu środowiska zgromadzonego wokół portalu racjonalista.pl. Chodziło o pewną pseudonaukową książkę o "przesileniu grawitacyjnym". Jej autor w przedmowie do dzieła dziękuje za współpracę panu Mariuszowi Agnosiewiczowi, szefowi portalu…

Pan Agnosiewicz napisał na wiadomość o tym:

Niestety nie mam wpływu na to, że ktoś powołuje się na moją osobę do promowania teorii pseudonaukowych.

Jerzy Kijewski napisał duży tekst "Ateista" i to mu opublikowałem, później jeszcze parę, m.in. "Antypolska polityka papieży". Było to jeszcze na początku naszej "kariery", w roku 2001, kiedy nie miałem doświadczenia w odrzucaniu tekstów współpracujących autorów, którzy nagle nas czymś zaskakują. Tak więc tekst "Księżyc i potop" opublikowałem wraz z polemiką dra Zbigniewa Kojro, pracownika naukowego Universität Leipzig.

(…) To ciekawe jednak, że Jerzy Kijewski uważa naszą współpracę za owocną, bo zakończyła się ona tym, że wywaliłem wszystkie teksty tego pana – jak się już nauczyłem tej niemiłej dla każdego redaktora sztuki.

Nie, nie piszę tego, aby się czepiać: Z jednej strony pan Agnosiewicz w 2001 roku nie miał w sobie na tyle racjonalizmu, aby odrzucić głupie teksty. Dał się zaskoczyć i zachował się irracjonalnie. Potem jednak teksty usunął, co mu się chwali. Errare humanum est i nie mam nic do ludzi, którzy popełniają błędy, a potem bez ściemniania się do nich przyznają.

Ale pan Agnosiewicz dziś, siedem lat później – nie mówi szczerze, że opublikował coś, na czym się nie znał. Co nie bardzo licowałoby z deklarowanym racjonalizmem. Zamiast tego tłumaczy się "brakiem doświadczenia w odrzucaniu tekstów". Chciałabym zwrócić uwagę, że jest zasadnicza różnica pomiędzy racjonalizmem a racjonalizowaniem sobie własnych błędów.

Bardzo podoba mi się natomiast tekst, który – jak pisze Agnosiewicz – był polemiką do artykułu o Księżycu. Napisał go dr Zbigniew Kojro, fizyk:

Promotor mojej pracy doktorskiej mawiał kiedyś: "Panie Zbyszku, istnieją w zasadzie tylko nauki ścisłe i nauki objawione. Do nauk ścisłych zaliczamy np. matematykę, fizykę, chemię, biologię, …, a do nauk objawionych ekonomię, socjologię, teologię, … ." To był oczywiście żart, ale w czasach komunistycznych ekonomia czy socjologia zajmowały się głównie różnego rodzaju objawieniami. Mój promotor mówił dalej: "W kręgu nauk objawionych działają również pojedynczo ludzie nawiedzeni tzn. ci, którzy doznali objawienia. To są mistrzowie spekulacji. Przychodzi taki czasem do Instytutu ze swoimi spekulacyjnymi tezami i zabiega usilnie o ich uznanie przez jakiś autorytet naukowy. Skaranie boskie z tymi nawiedzonymi. W każdej dziedzinie naukowej spekuluje się ale my fizycy jesteśmy w tej korzystnej sytuacji, że prędzej czy później musimy te nasze spekulacje matematycznie uzasadnić. I wie Pan, Panie Zbyszku, trzeba takiemu nawiedzonemu powiedzieć, że jego tezy są niezwykle ciekawe, tylko brakuje jeszcze matematycznego modelu, żeby to stanowiło zamkniętą całość, lub, jeśli spekulacje mają charakter matematyczny, że należałoby skonfrontować jego model z innymi, uznanymi wśród fizyków modelami. Można mu też zaproponować, żeby opublikował swoje tezy w jakimś czasopiśmie fizycznym, np. Physical Review. Gwarantuję Panu, że taki już więcej się nie pojawi."

Teoria układu planetarnego oraz niezwykle fascynująca teoria przesilenia grawitacyjnego, które prezentuje pan Jerzy Kijewski, wymagają jeszcze dołączenia matematycznych modeli. Uwzględnienie zasad zachowania energii, pędu i momentu pędu oraz powołanie się na teorię grawitacji Einsteina nadałoby tym teoriom odpowiedniego prestiżu. Tak uzupełnione teorie powinny być bezsprzecznie opublikowane w fachowym fizycznym czasopiśmie!

Teoria Jerzego Kijewskiego dotycząca przechwycenia przez Ziemię Księżyca około dwanaście tysięcy lat temu przychodzi w samą porę i nie da się jej przecenić. Wielu ludzi przypuszcza, a niektórzy są tego pewni, że Amerykanie wogóle nie byli na Księżycu a tylko zorganizowali (nie pierwszy zresztą raz) wielki medialny show. Badanie tzw. "gruntu księżycowego" daje zupełnie nieprawdopodobne wyniki. Skład "skał księżycowych" i ich wiek, 4,5 miliarda lat, są podobno takie same jak skał ziemskich. Autorzy tej wielkiej mistyfikacji, którzy badali w rzeczywistości próbki gruntu z pustyni w stanie Nevada, starają się nam wmówić, że Księżyc był towarzyszem Ziemi od samego początku jej istnienia. Nonsens! Teoria pana Kijewskiego powinna być bezzwłocznie opublikowana w fachowym piśmie!

Jeżeli znajdę kiedyś teorie pana Kijewskiego opublikowane w jakimś fachowym piśmie to będę mógł z nim dalej dyskutować na bardziej zaawansowanym poziomie – oczywiście, jeżeli będzie on tego chciał. Według mojego promotora, do takiej dyskusji nie powinno już dojść. Mam również wątpliwości czy dojdzie do takiej dyskusji w przyszłości ponieważ historycznie rzecz biorąc, żadna z prawd objawionych nie została dotychczas ani eksperymentalnie ani matematycznie potwierdzona.

Internauci z portalu pana Agnosiewicza poczuli się nieco rozżaleni z powodu tego, co napisałam:

"Młody fizyk" nie zadał sobie trudu sprawdzenia, czy kij którym chciał nam przyłożyć nie jest urojony…

Obawiam się, że moje wątpliwości w sprawie racjonalizmu ich portalu jednak nie do końca zostały rozwiane. Żeby nie być gołosłowną, postaram się w kolejnym wpisie pokazać, co mnie jako fizykowi nie podoba się w portalu racjonalista.pl.

Dziennik: Znów przełożyli koniec świata

Pewien "dziennikarz" "naukowy" z gazety Dziennik pisze dziś, że naukowcy z CERNu "znów przełożyli koniec świata". Ja raczej przełożyłabym tego dziennikarza. Przez kolano. I spuściła mu lanie za głupotę. Niestety nie dostanę go w swoje ręce, bo przezornie nie podał nazwiska ani pseudonimu.

"Dziennikarz" ów nie pisał tekstu w pośpiechu, o nie! – przygotował go na długo przed publikacją. Świadczy o tym stary tytuł, który można odnaleźć w adresie URL artykułu: "O północy skończy się świat". Ach, ileż musiał autor poświęcić czasu na zdobywanie cennych informacji!… W dodatku wiedząc, że gdy opublikuje artykuł o dziesiątej, to czytelnikom pozostanie tylko 14 godzin na przeczytanie go i docenienie jego kunsztu, zanim nadejdzie kataklizm. Cóż za misja, cóż za odpowiedzialność!

Jednak w międzyczasie nadeszła wiadomość, że data uruchomienia Wielkiego Zderzacza w CERNie została zmieniona. Końca świata dziś nie będzie. Pozostało zmienić tytuł. "Znów przełożyli koniec świata". Jedyna pociecha, że czytelnicy będą mieli więcej czasu, by delektować się artykułem.

To jednak jeszcze nie koniec Błękitnej Planety. O północy miała zacząć działać piekielna maszyna – dzieło naukowców, którzy marzą o podróżach w czasie. Badacze wierzą, że dzięki niej dowiedzą się, jak powstał wszechświat. Ale część straszy – wystarczy jeden fałszywy krok i szalone zderzanie materii przerodzi się w niekontrolowany łańcuch eksplozji. A Ziemia zamieni się w czarną dziurę. Na razie start akceleratora przesunięto na początek lipca.

I tak dalej, i w ten deseń. Ręce mi za bardzo opadają, żeby tutaj tłumaczyć idiotyzm całego artykułu. Dlatego niech zrobią to za mnie dwaj inni fizycy: W wersji krótkiej i wesołej – mgr Michał P. Heller z Instytutu Fizyki UJ, a w wersji dłuższej i dogłębnej – prof. Krzysztof Fiałkowski z tego samego Instytutu.

Jedyny komentarz, na który się osobiście zdobędę, będzie dotyczył ostatniego akapitu wiekopomnego tekstu. "Dziennikarz" nadmienia tam, że wyklęte słowo "akcelerator" pojawiało się już na kartach dzieł innych mistrzów:

Wielką panikę wzbudziła także słynna książka Dana Browna "Anioły i demony". Tam także jest mowa o akceleratorze.

To naprawdę straszne. Wymawianie słowa "akcelerator" powinno zostać w ogóle zakazane. Natomiast książka – we mnie wzbudziła szereg rozmaitych niekontrolowanych odruchów, ale akurat nie panikę. Dominującym odruchem było ciśnięcie książką o ścianę po przeczytaniu, że fizycy w CERN mają własny wahadłowiec, którym latają do Ameryki. A rządzi nimi żelazną ręką demoniczny starzec na wózku (na sto procent – dr. Strangelove ). W każdym razie odruchy owe nie pozwoliły mi na przeczytanie więcej niż kilku pierwszych stron.

 

Niniejszym nominuję anonimowego "dziennikarza" na pierwsze miejsce w naszym rankingu "dziennikarstwa" "naukowego". (Wejdź na stronę główną i patrz menu po prawej stronie.) Gazeta Dziennik zajmuje tam zaszczytne trzy pierwsze miejsca.

 

Wpis powstał dzięki alarmowi od naszego stałego korespondenta, dr. hab. Pawła Góry z Instytutu Fizyki UJ.

 

Bazalt wymięka

Pan Jerzy Kijewski, autor książki o przesileniu grawitacyjnym, napisał do nas:

Kochani! To, co wypisujecie o mojej książcie pt. „Księżyc i Potop", jest mocno zdezaktualizowane, ponieważ książka ta ukazała się na internecie w 2001 r. Proponuję zatem, abyście zapoznali się z fragmentami mojej najnowszej książki.

W marcu 2008 r., krakowskie Wydawnictwo Dobry eBook opublikowało (w formie elektronicznej), moją książkę pt. Księżyc i pramidy.

W pracy tej prezentuję hipotezy, które mogą okazać się kluczem do wyjaśnienia kwestii powstawania piramid egipskich, prekolumbijskich i wszystkich struktur megalitycznych rozsianych po całym świecie.

Mam nadzieję, że przedstawione hipotezy okażą się trafne – jeśli tak, to tym samym tajemnice piramid egipskich i megalitów zostałyby wyjaśnione – zaś historii starożytnej przybyłaby nowa epoka – epoka megalitów.

Pozdrawiam wszystkich tropicieli pseudonauki

Jerzy Kijewski

www.moon-and-deluge.com

 

Zobaczmy, co to za nowe hipotezy zamieszczone zostały na podanej stronie:

Tajemnica piramid i megalitów wyjaśniona

(…) Otóż wiele wskazuje na to, że skały były kiedyś miękkie w dosłownym sensie. Liczne zdjęcia ukazujące miękkość skał, nie pozostawiają wątpliwości, że skały rzeczywiście były miękkie. Ponad 4500 lat temu miękki bazalt dosłownie był wgniatany, jak ciasto, ciężarem wozów na kołach. (…)

Miękkość skał w epoce megalitów wiązała się prawdopodobnie z przejściowymi zmianami grawitacji Ziemi, spowodowanymi bliskością Księżyca, które mogły mieć miejsce ok. 3200 – 2200 lat p.n.e. Księżyc znajdował się wówczas na orbicie geostacjonarnej, która była jednocześnie okresem grawitacyjnego przesilenia Ziemia-Księżyc. Powodowało to ogromne przyciąganie tych dwóch ciał niebieskich, na skutek czego materiał skalny na powierzchni ziemi stał się dosłownie miękki.

Przesilenie grawitacyjne

Jerzy Kijewski, "uchodźca polityczny z komunistycznej Polski", opublikował w internecie książkę Księżyc i Potop. Zawiera ona teorię na temat powstania ludzkości.

A więc Księżyc wpadając (12 tys. lat temu) w orbitę Ziemi, zaczął początkowo krążyć bardzo szybko i blisko wokół niej, wprawiając ją (swym ruchem wirowym) w ruch obrotowy, sam z wolna oddalając się od niej i krążąc po coraz to dalszej orbicie. Im Ziemia szybciej krążyła wokół swej osi, tym bardziej Księżyc oddalał się od niej. Minęło około 7 tys. lat i nastąpiło PRZESILENIE GRAWITACYJNE na skutek zrównania czasu obrotu Ziemi wokół swej osi z obrotem Księżyca wokół Ziemi. Czyli czas pełnego obrotu Ziemi wokół jej własnej osi, zrównał się z czasem pełnego okrążenia Ziemi przez Księżyc. Znaczy to, że jedna strona Ziemi była dłuższy czas zwrócona w kierunku Księżyca. Księżyc krążył wokół Ziemi tak, jakby był przyspawany do niej długim metalowym prętem. Doba ziemska i miesiąc Księżyca stały się równe. W rezultacie takiego układu nastąpiło POTĘŻNE wzajemne przyciąganie się tych dwóch ciał niebieskich.

Na skutek tak wielkiego, wzajemnego przyciągania się Ziemi i Księżyca (podczas przesilenia), ciążenie grawitacyjne na Ziemi stało się bardzo, ale to bardzo słabe. Wszystko co znajdowało się na powierzchni Ziemi stało się więc bardzo lekkie: ludzie, zwierzęta, kamienne głazy, woda — wszystko! Człowiek, którego siła mięśni i cała struktura cielesna nie zostały zmienione, mógł teraz podnosić olbrzymie głazy, skakać wysoko i biegać wielkimi susami.

Wtedy to właśnie nastała epoka megalitów — olbrzymich kamiennych budowli — wznoszonych przez człowieka niemal na całej Ziemi. Tajemnicza, zagadkowa i podziw budząca epoka piramid, olbrzymich kamiennych posągów i kamiennych budowli staje się teraz zrozumiała. Teraz rozumiemy, dlaczego epoka megalitów przypadała tylko i wyłącznie na okres pomiędzy ok. 6500-3500 tys. lat temu: — ponieważ właśnie wtedy był, opisany wyżej, okres przesilenia grawitacyjnego Ziemia-Księżyc.

Warto zwrócić uwagę na osoby wymienione przez autora w podziękowaniach za konsultacje do książki: Jest tam i astronom, i student fizyki, i biolog molekularny. W jaki sposób mogli ocenić tę książkę inaczej niż nazywając ją brednią?

Ciekawe też, że pośród konsultantów – z wdzięczością za długą i owocną współpracę – wspomniany został pan Mariusz Agnosiewicz, szef znanej witryny racjonalista.pl. Jakoś mnie to nie zdziwiło. Zawsze uważałam, że w środowisku "racjonalistów" zgromadzonych pod szyldem tego portalu – samego racjonalizmu Bozia dość poskąpiła…*

Znalezisko nadesłał nasz czytelnik Paweł Litwin, student AGH.


* Internauta titta w komentarzu poniżej pisze: A moze ten czlowiek ma po prostu poczucie humoru i zakpil sobie z "racjonalistow", takze nazywjac "dluga i owocna wspopraca" stek inwektyw, ktorymi go obrzucili? – Rzeczywiście, może tak być. Jeżeli tak się okaże, to odszczekam swoje słowa.

 

Docent But podbija Moskwę

Nowość z firmy słynnego szarlatana, docenta Jurija Buta, wynalazcy pseudo-diagnostycznego urządzenia Oberon oraz autora makabrycznych doświadczeń pseudonaukowych.

Od 20.10.2007 urządzenia opracowane przez profesora [?? – Ostatnio był docentem…] Buta uznane zostały za medyczne urządzenia diagnostyczne z funkcjami fizjoterapeutycznymi, w związku z udanym zakończeniem procesu państwowego atestu klinicznego w instytucjach leczniczych miasta Moskwy.

Pytanie nasuwa się samo: Ile musiał docent But nasmarować carskim czynownikom za ten państwowy atest?


Więcej o Oberonie piszę tutaj:

 

Shut up and calculate!

Pan Stanisław Heller w swoich dziełach stara się poruszać po obszarze filozofii. Nie mam kompetencji do oceniania jakości jego rozważań filozoficznych. Problem jednak w tym, że w tych pracach autor przekracza granice pomiędzy naukami i stara się wkroczyć na terytorium fizyki. Czyli tam, gdzie hipotezy dotyczące działania świata należy formułować za pomocą aparatu matematycznego, a ich przewidywania (uzyskane za pomocą obliczeń) sprawdzać w powtarzalnych eksperymentach. "Shut up and calculate!" – mawiał Richard Feynman.

Podam tu przykład beztroski pana Stanisława Hellera w przekraczaniu granic między filozofią i fizyką. Fragment wykładu:

Oto popatrzmy na Słońce: Słońce się obraca. Biorąc po uwagę promień w związku z prędkością i szybkością wnioskujemy, że prędkość kątowa jest stała.

Akurat nieprawda. Słońce nie jest bryłą sztywną. Z obserwacji wynika, że różne jego rejony obracają się nierównomiernie.

Kiedy jednak będziemy analizować prędkość liniową punktów leżących na promieniu, to okaże się, że najwolniej poruszać się będą punkty bliskie środka, a najszybciej bliskie powierzchni Słońca.

Nieprawda. Przepływy materii we wnętrzu Słońca są o wiele bardziej skomplikowane .

Spójrzmy teraz na planety: Merkury, Wenus, Ziemia i Mars rotują wolno wokół swych osi. Za to planety – olbrzymy nawet nazywane są szybkorotującymi.

Nieprawda. Z obserwacji wynika, że nie ma takiej zależności.

To pierwsza zgodność z cybernetyczną regułą odniesień.

Tu napotykamy przekroczenie granicy fizyki i filozofii. Pomijając już to, że "obserwacje" astronomiczne autora są błędne – on te "dane doświadczalne" konfrontuje z jakąś nie fizyczną, lecz czysto filozoficzną teorią ("cybernetyczna reguła odniesień"). Jak się okaże dalej, taką teorię filozoficzną – rzekomo popartą danymi doświadczalnymi – autor z powrotem sprowadzi na terytorium fizyki, mianowicie na podstawie teorii poczyni przewidywania zjawisk fizycznych! Tymczasem idźmy dalej:

Zwróćmy uwagę na Słońce po raz drugi. Słońce nie rotuje wedle reguły ciała sztywnego, lecz mieli się w ten sposób, że warstwy równikowe Słońca przemieszczają się szybciej niż podbiegunowe.

Teraz autor czyni więc niezrozumiały dla mnie przeskok, bo przyznaje, że rzeczywiście Słońce nie zachowuje się jak bryła sztywna.

Zatem rzeczywisty promień Słońca ma odchylenie od prostej. Ideograficznie można zobrazować to tak:

Autor używa terminu "promień" w nieprawidłowy sposób, ale da się z tego zrozumieć, że po prostu rozrysował odchylenie prędkości kątowej od stałej (taka byłaby w przypadku bryły sztywnej). Niestet, ten rysunek jest też wyssany z palca, nie poparty żadnymi rzeczywistymi danymi – patrz link wyżej.

Zwróćmy więc teraz uwagę na położenia osi obrotów planet. Rytm zmian położeń osi obrotów planet jest bardzo zgodny ze zjawiskiem niejednorodności kierunkowej promienia Słońca. I nie jest przypadkiem, że oś Urana leży w płaszczyźnie orbity obiegu tej planety.

Nieprawda. Nachylenie osi planet jest bardzo różne i nie podlega prostej regule.

Zapewne Czytelnicy, którzy mają już za sobą lekturę książki "Cybernetyczny sens…" zdołają sobie dodać przykład czwarty: asymetria mas protonu i elektronu.

Bełkot. Nie widać żadnego związku pomiędzy tym zjawiskiem, a poprzednimi "rozważaniami".

Teraz drugi fragment wykładu o tym samym "zagadnieniu".

Słońce jest obiektem mielącym się, a więc takim, w którym zachodzi różnica prędkości między obszarami równikowymi a podbiegunowymi. Zatem promień geometryczny Słońca nie jest odcinkiem prostym, lecz krzywym.

Nieprawidłowe użycie pojęcia "promień".

Odbicie tego faktu realizują planety przez odmienne nachylenia swych osi obrotowych względem Słońca: to zbieżność pierwsza.

Jak się rzekło, nieprawdziwa.

Jeżeli prędkość kątową przełożymy na prędkość liniową, to prędkość ta wzrasta w miarę oddalenia od środka. Zwróćmy zatem uwagę, że planety najbliższe Słońcu są wolnoobrotowe, zaś planety olbrzymy należą do szybko obracających się. Zgadza się to z odniesieniem do odwrotności między mikro- a makrokosmosem. W podobny sposób przebiega przybór gęstości: planety najbliższe Słońcu są procesualnie związane z najgłębszymi warstwami naszej gwiazdy, a przeto masywność ich jest zgodna z ich odniesieniem. To zgodność druga i trzecia.

Nieprawdziwa .

Planety olbrzymy swoimi sposobami bycia odzwierciedlają liniową i gęstościową dynamikę warstw średnich i górnych Słońca. Kiedy fotografować Słońce z użyciem filtrów selekcjonujących promieniowanie, to okaże się, że: im wyższa częstotliwość promieniowania jest ekspozycyjnym oglądem tarczy słonecznej, to jej średnica maleje. Stąd w szczególnie wysokiej częstotliwości centrum Słońca przybierze przejaw krążka czarnego.(!) Natomiast Słońce fotografowane w podczerwieni ma średnicę geometryczną o dobry milion kilometrów większą niż średnica dla nas ludzi optyczna.(!) Słońce przechodzi zatem zjawiskowo w czerń makrokosmiczną Olbersa, aby na tle tej czerni się odcinać. Stąd gwiazdy nie podgrzewają czerni Olbersa, jak i promieniowania wysoko przenikliwe nie wywołują efektu ciepła i nie wnoszą przyczynku temperaturowego do obiektów, które przenikają.

Autor wymyślił na użytek swoich rozważań filozoficznych pojęcie "czerń Olbersa". Przekraczając granicę pomiędzy filozofią a fizyką, wprowadza następnie to pojęcie do rozważań fizycznych, jednak nie definiując go wcale w terminach fizycznych. Stąd nie wiadomo, co w fizyce miałoby np. oznaczać "podgrzewanie czerni Olbersa".

Ponieważ tegoż rytmu nie uwzględnia abstrakcjonizm matematyczny, przeto opisy matematyczne załamują się w miejscach, gdzie relacje fizyczne ulegają odwróceniu lub znoszeniu częściowemu.

Bełkot. Oczywiście, że matematyczny aparat fizyki nie opisuje zjawisk, których nie da się ująć ilościowo. Takich, jak "podgrzewanie czerni Olbersa", które w ogóle nie wiadomo czym jest z punktu widzenia fizyki.

Wróćmy do przewidywań "teorii" Stanisława Hellera. Po pierwsze, dane doświadczalne, jakoby ją popierające, są fałszywe. Po drugie, teoria sama w sobie – ze specyficznym językiem, jakim została wyrażona – nie należy do dziedziny fizyki. Jednak autor ponownie przekracza granice pomiędzy filozofią i fizyką, starając się za pomocą swej teorii przewidzieć zjawiska fizyczne:

Skoro w przejściu między sygnałem i brakiem sygnału oraz odwrotnie nie może wystąpić przerwa, jak zniknęłaby natychmiast funkcja bitu (brak sensu składowych bitu w pojedynkę), nieuchronnym staje się konieczność stwierdzenia: składowe bitu są względem siebie procesualnie natychmiastowe. Fakt ten unieważnia jednoznacznie twierdzenie Einsteina o górnej granicy prędkości "c" realizowaną przez światło.

Nie jest dla mnie jasne, jak to się ma do ogólnej teorii autora. Tak czy inaczej, jest to nie poparte danymi doświadczalnymi – wręcz przeciwnie, to teoria Einsteina ma mocne podstawy empiryczne.

A tu kolejne przewidywania dotyczące zjawisk fizycznych:

Z materiałów szczegółowych, które niniejsze opracowanie sygnalizuje, wynika, iż wybuch nuklearny w kosmicznej przestrzeni wokółziemskiej jest równoznaczny z wyzwoleniem procesu narodzin gwiazdy (sic!). Energia wyzwalająca się w efekcie bomby atomowej wcale nie jest energią tkwiącą w uranowcach czy wodorze. Jest to energia związania postaciowego w Układzie Słonecznym

Układ Słoneczny jest makrokosmiczną formą napięcia między zawartością i objętością Wszechświata, a my jeszcze nie świadomi tego, że istotowość energetyczna wodoru i uranu tkwi przyczynowo w sprzeczności postaciowej w skali Układu Słonecznego i naszej Galaktyki. Ostrzeżenie nasze, że tępe manipulacje z promieniotwórczością grożą narodzinami gwiazdy i wysadzeniem Układu Słonecznego poprzez zniszczenie jego stabilności postaciowej nie było czczą igraszką.

Jak na razie, żadnen z wybuchów jądrowych wykonanych na Ziemi nie spowodował narodzin gwiazdy i zagłady Układu Słonecznego.

Broń Boże nie ten Heller!

"Autor niniejszego pisma z tytułu zajęcia się uprawianiem przyrodoznawstwa doznał straszliwych prześladowań, w których uczestniczyli ludzie prawa, a także nauki i medycyny. W tej sprawie dociekam sprawiedliwości przed stosownymi organami służby państwowej." – pisze w liście otwartym do polskich uczonych niejaki Stanisław Heller (nie mylić z ks. prof. Michałem Hellerem !!!).

Tym samym już na starcie autor otrzymuje 40 punktów w Crackpot Index – teście na pseudo-naukowego maniaka. Zainteresowany czytelnik sam podliczy pozostałe punkty, ja nie mam do tego cierpliwości.

Aby udostępnić nauce polskiej możliwość przekonania się, iż rozwiązanie najbardziej prestiżowego zagadnienia w światowym wyścigu ku Wielkiej Unifikacji i Teorii Wszystkiego zaistniało jednak w Polsce, założyłem wirtualny Instytut.

Prace Stanisława Hellera zostały pozytywnie zrecenzowane przez prof. Mirosława Zabierowskiego i prof. Teresę Grabińską, filozofów zajmujących się jednakowoż fizyką.

O istnieniu Stanisława Hellera powiadomił nas nasz czytelnik Bartek Bakon.

 

Polemika w sprawie maszyny Metoz

Pan Orłowski Zygmunt, wynalazca maszyny Metoz , łamiącej ponoć zasadę zachowania energii napisał do nas list, który publikujemy:

Ktoś wiele obciąl od opisu METOZ.
To jest tylko propozycja wykonania opisanych doświadczeń. Na podstawie doswiadczeń można zbudować model, który zniszczy fanatyczną wiarę w moc "prawa zachowania energii".
Orłowski Zygmunt

Szanowny Panie, nie jestem pewna, czy dobrze rozumiem opis tego eksperymentu, bo jest niestety niejasny. Ale chyba zapomniał Pan, że ciężarek oznaczony "g" trzeba za każdym razem podnosić do góry, żeby położyć go na szalce. A na to potrzeba wydatkować energię.