Fakt leczy z soboty na niedzielę

Znów jestem spóźniona, jeśli chodzi o newsy z Faktu. Przeczytałam o tym na blogu Pattern Recognition:

Już w sobotę tylko w Fakcie
Odpromiennik-energetyzator

Drodzy Czytelnicy. Specjalnie dla was mamy przygotowaną przez znakomitego radiestetę niespodziankę, która poprawi samopoczucie

Nad żyłą wodną, miejscem w głębi ziemi, przez które w specyficzny sposób przesącza się woda, powstaje zjonizowane dodatnio powietrze, a to zaburza układ cząsteczek wody w komórce ludzkiego ciała. Źle działają na nas infradźwięki, wibracje, niesłyszalne przez ucho dźwięki, które są skutkiem drgania wody. Niekorzystna dla ludzkiego organizmu energia potrafi docierać na piętra najwyższych nawet wieżowców. Mamy na to niedobre promieniowanie sposób.

(…)

Biało-czarna figura będzie emitować dobrą energię: energetyczne promieniowanie w kolorze białym, wypierając z przestrzeni energię złą.

 

 

Po kupieniu w sobotę tego oto gadżetu, już w niedzielę wdzięczni czytelnicy zasypali redakcję listami.

Musiało to być w niedzielę, żeby gotowe były do druku na poniedziałek o pierwszej w nocy.

Odpromiennik działa!

Po tym, jak w sobotnim Fakcie opublikowaliśmy odpromiennik-energetyzator, z całej Polski docierały do nas sygnały od Czytelników, którym nasza figura pomogła uporać się ze zdrowotnymi dolegliwościami

(…)
Pan Sławomir Paszkiewicz (36 l.) z Bytomia kupił aż trzy gazety, bo potrzebował trzech odpromienników – do sypialni, żeby lepiej spać, pod komputer, by zneutralizować negatywne energie, jakie w ciągu dnia wytwarza jego monitor, oraz do kuchni. On też czuje się teraz dużo lepiej. Bóle głowy ustąpiły, a w nocy już nie przewraca się z boku na bok, tylko spokojnie śpi.

Nad tym artykułem musiało pracować wespół aż pięciu dziennikarzy: [MP, SAL, KB, WŁ, DG]

Komórki powodują uwalnianie wody z mózgu

Nasz stały korespondent, dr hab. Paweł F. Góra z UJ, napisał dziś: "Daj to do Młodego, proszęproszęproszęproszę."

 

Słyszałaś o promieniowaniu elektromagnetycznym zrobionym z metalu?
Historia jest taka:

Komórki powodują uwalnianie rtęci z plomb

Gazeta Wyborcza powołuje się na ten serwis: www.textually.org, gdzie jest piękny smaczek:

the metal in your mouth interferes with your cell phone’s electro-magnetic radiation – which is made of similar material.

textually.org daje link do oryginalnego artykułu. Artykuł jest BARDZO badziewny. Piszą i o MRI, i o telefonach, metodologia jest niejasna, eksperyment, wedle mojej oceny, źle zaprojektowany, o żadnej ślepiej próbie nie ma mowy, zresztą opisany z błędami, tak, że w co najmniej jednym miejscu trzeba się domyślać, co poeta miał na myśli ("students who served as controls, sham exposed to
microwave radiation").

Próbka liczyła siedem (siedem) osób, grupa kontrolna tyleż, same kobiety (to dane z tekstu, dane z tabeli są inne).

Autorzy (9 osób, jeśli dobrze liczę) są z kilku uczelni z Iranu, artykuł opublikowany w piśmie pakistańskim, które nie podaje nawet nazwiska naczelnego redaktora i które – czy kogoś to dziwi? – nie jest na liście filadelfijskiej.


Stąd można pobrać bardziej czytelną wersje artykułu.

I takie coś trafia na stronę główną portalu GW i straszy ludzi!

Nie mam nic przeciwko Irańczykom, ale przeciwko histerycznemu dziennikarstwu naukowemu" mam wiele. A, jeszcze drobiazg: IIRC, wbrew temu co pisze GW, metaliczna rtęć *nie* jest toksyczna. Toksyczne są pary rtęci (wdychane) i sole rtęci (połykane).

P.S. Tekst był przez krótki czas na stronie głównej gazeta.pl. Potem zniknął. "Może ktoś w redakcji portalu się opamiętał. A może jakiś sponsor postraszył" – pisze Paweł.  Pobyt na stronie głównej był krótki, ale wystarczający,  za to nominować tekst na pierwsze miejsce w rankingu "dziennikarstwa" "naukowego". A myślałam, że biust Kasi Figury (dotychczasowy laureat) jest nie do pokonania. Skandal, jeżeli portal związany z największą gazetą w Polsce i uważający się za opiniotwórczy robi wielkiego newsa naukowego z publikacji w piśmie nie znajdującej się nawet na liście filadelfijskiej.

 

 

Czego nie wiemy o grawitacji

Wy tam tropicie jakichś niszowych maniaków od inteligentnej wody, a „Super Express” czytają miliony ludzi…

– pisze dr Anna Droba z Zakładu Biofizyki SGGW.

Niestety, Z Czuba mnie ubiegło. Ale tak czy inaczej sprawę warto nagłośnić. Super Express porusza ambitny temat grawitacji:

…Ludzie nie mogą się oderwać od planety, Księżyc krąży wokół Ziemi, a inne planety wokół Słońca. Nie dziwi więc, że biust pani Katarzyny [Figury] nie wygrał w tej nierównej walce i jest coraz bliżej ziemi. Atut, z którego znana była aktorka, niestety jak całe ludzkie ciało jest poddany działaniu tej bezlitosnej siły.  

Grawitacja. To zjawisko występuje wtedy, gdy ciało większe przyciąga ciała o mniejszej masie. Nie byłoby to możliwe bez przyspieszenia ziemskiego, czyli siły grawitacyjnej, która wynosi 9.81m/s2.  Bez grawitacji przedmioty swobodnie krążyłyby w przestrzeni.

W ten sposób, w warunkach bezlitosnej i dramatycznej konkurencji, na czoło naszego rankingu „dziennikarstwa” „naukowego” wybija się Super Express. (Patrz zakładka z prawej.)

Jak zwykle wszystko przez naszych

"Wiemy, kto zniszczy świat. Machinę zagłady naprawią Polacy. Już wiadomo, kto uruchomi zderzacz hadronów, który może zniszczyć świat. Do zagłady mogą przyłożyć ręce polscy inżynierowie. Do Genewy pojedzie ekipa fizyków z krakowskiego oddziału Polskiej Akademii Nauk. Inżynierowie mają naprawić połączenie między elektromagnesami."

Tak pisze Dziennik, od zawsze przodujący w naszych rankingach "dziennikarstwa" "naukowego" (patrz kolumna z prawej).  Niniejszym na prowadzenie wybił się red. Andrzej Mężyński. Newsa zawdzięczam zawsze czujnemu stałemu korespondentowi Młodego Fizyka, dr hab. Pawłowi Górze.

Kto zmajstrował ten bajzel

Racjonalista.pl czasem promuje udowadnianie twierdzeń metafizycznych za pomocą fizyki. Jako fizyk znajduję takie postępowanie wysoce nieracjonalnym…

W artykule Co za ulga: Wszechświat chyba pulsuje! autor cieszy się, że pojawiła się jakaś teoria alternatywna do Wielkiego Wybuchu. Dzięki temu, jego zdaniem, można z ulgą wykluczyć istnienie Pana Boga. Cytuje pewnego astrofizyka:

– Wychodzi na to, że Stary nie miał kompletnie nic do roboty przy majstrowaniu tego bajzlu

– i dodaje ironicznie: pewno mason! Mason, nie mason, jeżeli rozumie przez to, że fizyka właśnie udowodniła nieistnienie Boga, to wykroczył poza swoje kompetencje. I wcale nie dlatego, że np. teologia miałaby być nauką słuszną, czy w ogóle nauką. Być może Boga nie ma, a teologia to bzdura. Lecz problem jest w tym, że fizyka się Bogiem wcale nie zajmuje.

Tutaj można by chwilę dyskutować o przypadkach, gdy ludzie religijni wyobrażają sobie Boga jako coś udowadnialnego metodami fizyki. Czy fizyka nie może pokazać, że coś takiego nie istnieje? Np. człekokształtny pan przesuwający palcem planety? Może. Fizyka pokazała, że takiego pana z palcem rzeczywiście nie ma. Ale trzeba dobrze zrozumieć: w tym przypadku, postulując istnienie Boga jako bytu fizycznego, to teologia wykroczyła poza swoje kompetencje. Jeśli więc jakiś teolog mówi, że Wielki Wybuch jest dowodem na istnienie Boga, to wypowiada nonsens tego samego rodzaju, jak fizyk twierdzący, że brak Wielkiego Wybuchu jest dowodem na nieistnienie Boga.

 

Zabobony Racjonalisty

Czytelnicy prosili mnie o komentarz na temat portalu racjonalista.pl. Z punktu widzenia fizyka, mogę kompetentnie wypowiedzieć się o tych tekstach na ich witrynie, które zahaczają o fizykę.

Weźmy np. Wywiad z Vincentem Icke z cyklu "Bóg nie istnieje".

Profesor Vincent Icke jest znakomitym astrofizykiem, autorem kilku artykułów w prestiżowym piśmie Nature. W wywiadzie profesor dzieli się swoimi prywatnymi przemyśleniami na temat religii i istnienia Boga. Co tu nie gra?

W największej części, jak sądzę, winę ponosi redakcja racjonalisty.pl, która podciągnęła ten interesujący skądinąd wywiad pod tytuł "Bóg nie istnieje" – przy czym profesor Icke jako żywo niczego takiego nie stwierdza.

Drugi problem – nie wiem, czy przypisywać go Ickemu, czy pewnie bardziej redaktorom przeprowadzającym wywiad – polega na niebezpiecznym balansowaniu na granicy kompetencji. Na czym to polega: Otóż każdy fizyk ma prawo udzielać publicznie wypowiedzi, w których przedstawiałby swoje poglądy na rozmaite kwestie spoza fizyki. W tym, oczywiście, bez wyjątku – na religię. Przekroczeniem kompetencji jest jednak sugerowanie, że będąc autorytetem z fizyki może on bardziej autorytatywnie od innych ludzi wypowiadać się o kwestiach całkiem nie związanych z fizyką.

Drugi zabobon związany z autorytetem to przekonanie, że istnieją autorytety, że tak powiem, powszechne, to jest ludzie, którzy są autorytetami we wszystkich dziedzinach. Tak oczywiście nie jest. Każdy człowiek jest najwyżej autorytetem w jakiejś określonej dziedzinie, albo paru dziedzinach, ale nigdy we wszystkich. Einstein na przykład był niewątpliwie autorytetem w dziedzinie fizyki, ale bynajmniej nie w dziedzinie moralności, polityki albo religii. Niestety uznawanie takich powszechnych autorytetów jest zabobonem bardzo rozpowszechnionym. Kiedy na przykład grono profesorów uniwersyteckich podpisuje zbiorowo manifest polityczny, zakłada się, że czytelnicy będą ich uważali za autorytety w dziedzinie polityki, którymi oni oczywiście nic są a więc coś w rodzaju uznania autorytetu powszechnego uczonych. Bo ci profesorowie są zapewne autorytetami w dziedzinie rewolucji francuskiej, ceramiki chińskiej albo rachunku prawdopodobieństwa, ale nie w dziedzinie polityki i nadużywają przez takie oświadczenie swojego autorytetu.

Sto zabobonów, o. prof. Józef Maria Bocheński – logik, filozof, rektor Uniwersytetu we Fryburgu Szwajcarskim i – jak na złość – duchowny Kościoła katolickiego, który portal racjonalista.pl tak krytykuje za uleganie zabobonom…

Pan Agnosiewicz, racjonaliści i irracjonaliści

We wpisie Przesilenie grawitacyjne wyraziłam wątpliwość co do racjonalizmu środowiska zgromadzonego wokół portalu racjonalista.pl. Chodziło o pewną pseudonaukową książkę o "przesileniu grawitacyjnym". Jej autor w przedmowie do dzieła dziękuje za współpracę panu Mariuszowi Agnosiewiczowi, szefowi portalu…

Pan Agnosiewicz napisał na wiadomość o tym:

Niestety nie mam wpływu na to, że ktoś powołuje się na moją osobę do promowania teorii pseudonaukowych.

Jerzy Kijewski napisał duży tekst "Ateista" i to mu opublikowałem, później jeszcze parę, m.in. "Antypolska polityka papieży". Było to jeszcze na początku naszej "kariery", w roku 2001, kiedy nie miałem doświadczenia w odrzucaniu tekstów współpracujących autorów, którzy nagle nas czymś zaskakują. Tak więc tekst "Księżyc i potop" opublikowałem wraz z polemiką dra Zbigniewa Kojro, pracownika naukowego Universität Leipzig.

(…) To ciekawe jednak, że Jerzy Kijewski uważa naszą współpracę za owocną, bo zakończyła się ona tym, że wywaliłem wszystkie teksty tego pana – jak się już nauczyłem tej niemiłej dla każdego redaktora sztuki.

Nie, nie piszę tego, aby się czepiać: Z jednej strony pan Agnosiewicz w 2001 roku nie miał w sobie na tyle racjonalizmu, aby odrzucić głupie teksty. Dał się zaskoczyć i zachował się irracjonalnie. Potem jednak teksty usunął, co mu się chwali. Errare humanum est i nie mam nic do ludzi, którzy popełniają błędy, a potem bez ściemniania się do nich przyznają.

Ale pan Agnosiewicz dziś, siedem lat później – nie mówi szczerze, że opublikował coś, na czym się nie znał. Co nie bardzo licowałoby z deklarowanym racjonalizmem. Zamiast tego tłumaczy się "brakiem doświadczenia w odrzucaniu tekstów". Chciałabym zwrócić uwagę, że jest zasadnicza różnica pomiędzy racjonalizmem a racjonalizowaniem sobie własnych błędów.

Bardzo podoba mi się natomiast tekst, który – jak pisze Agnosiewicz – był polemiką do artykułu o Księżycu. Napisał go dr Zbigniew Kojro, fizyk:

Promotor mojej pracy doktorskiej mawiał kiedyś: "Panie Zbyszku, istnieją w zasadzie tylko nauki ścisłe i nauki objawione. Do nauk ścisłych zaliczamy np. matematykę, fizykę, chemię, biologię, …, a do nauk objawionych ekonomię, socjologię, teologię, … ." To był oczywiście żart, ale w czasach komunistycznych ekonomia czy socjologia zajmowały się głównie różnego rodzaju objawieniami. Mój promotor mówił dalej: "W kręgu nauk objawionych działają również pojedynczo ludzie nawiedzeni tzn. ci, którzy doznali objawienia. To są mistrzowie spekulacji. Przychodzi taki czasem do Instytutu ze swoimi spekulacyjnymi tezami i zabiega usilnie o ich uznanie przez jakiś autorytet naukowy. Skaranie boskie z tymi nawiedzonymi. W każdej dziedzinie naukowej spekuluje się ale my fizycy jesteśmy w tej korzystnej sytuacji, że prędzej czy później musimy te nasze spekulacje matematycznie uzasadnić. I wie Pan, Panie Zbyszku, trzeba takiemu nawiedzonemu powiedzieć, że jego tezy są niezwykle ciekawe, tylko brakuje jeszcze matematycznego modelu, żeby to stanowiło zamkniętą całość, lub, jeśli spekulacje mają charakter matematyczny, że należałoby skonfrontować jego model z innymi, uznanymi wśród fizyków modelami. Można mu też zaproponować, żeby opublikował swoje tezy w jakimś czasopiśmie fizycznym, np. Physical Review. Gwarantuję Panu, że taki już więcej się nie pojawi."

Teoria układu planetarnego oraz niezwykle fascynująca teoria przesilenia grawitacyjnego, które prezentuje pan Jerzy Kijewski, wymagają jeszcze dołączenia matematycznych modeli. Uwzględnienie zasad zachowania energii, pędu i momentu pędu oraz powołanie się na teorię grawitacji Einsteina nadałoby tym teoriom odpowiedniego prestiżu. Tak uzupełnione teorie powinny być bezsprzecznie opublikowane w fachowym fizycznym czasopiśmie!

Teoria Jerzego Kijewskiego dotycząca przechwycenia przez Ziemię Księżyca około dwanaście tysięcy lat temu przychodzi w samą porę i nie da się jej przecenić. Wielu ludzi przypuszcza, a niektórzy są tego pewni, że Amerykanie wogóle nie byli na Księżycu a tylko zorganizowali (nie pierwszy zresztą raz) wielki medialny show. Badanie tzw. "gruntu księżycowego" daje zupełnie nieprawdopodobne wyniki. Skład "skał księżycowych" i ich wiek, 4,5 miliarda lat, są podobno takie same jak skał ziemskich. Autorzy tej wielkiej mistyfikacji, którzy badali w rzeczywistości próbki gruntu z pustyni w stanie Nevada, starają się nam wmówić, że Księżyc był towarzyszem Ziemi od samego początku jej istnienia. Nonsens! Teoria pana Kijewskiego powinna być bezzwłocznie opublikowana w fachowym piśmie!

Jeżeli znajdę kiedyś teorie pana Kijewskiego opublikowane w jakimś fachowym piśmie to będę mógł z nim dalej dyskutować na bardziej zaawansowanym poziomie – oczywiście, jeżeli będzie on tego chciał. Według mojego promotora, do takiej dyskusji nie powinno już dojść. Mam również wątpliwości czy dojdzie do takiej dyskusji w przyszłości ponieważ historycznie rzecz biorąc, żadna z prawd objawionych nie została dotychczas ani eksperymentalnie ani matematycznie potwierdzona.

Internauci z portalu pana Agnosiewicza poczuli się nieco rozżaleni z powodu tego, co napisałam:

"Młody fizyk" nie zadał sobie trudu sprawdzenia, czy kij którym chciał nam przyłożyć nie jest urojony…

Obawiam się, że moje wątpliwości w sprawie racjonalizmu ich portalu jednak nie do końca zostały rozwiane. Żeby nie być gołosłowną, postaram się w kolejnym wpisie pokazać, co mnie jako fizykowi nie podoba się w portalu racjonalista.pl.

Dziennik: Znów przełożyli koniec świata

Pewien "dziennikarz" "naukowy" z gazety Dziennik pisze dziś, że naukowcy z CERNu "znów przełożyli koniec świata". Ja raczej przełożyłabym tego dziennikarza. Przez kolano. I spuściła mu lanie za głupotę. Niestety nie dostanę go w swoje ręce, bo przezornie nie podał nazwiska ani pseudonimu.

"Dziennikarz" ów nie pisał tekstu w pośpiechu, o nie! – przygotował go na długo przed publikacją. Świadczy o tym stary tytuł, który można odnaleźć w adresie URL artykułu: "O północy skończy się świat". Ach, ileż musiał autor poświęcić czasu na zdobywanie cennych informacji!… W dodatku wiedząc, że gdy opublikuje artykuł o dziesiątej, to czytelnikom pozostanie tylko 14 godzin na przeczytanie go i docenienie jego kunsztu, zanim nadejdzie kataklizm. Cóż za misja, cóż za odpowiedzialność!

Jednak w międzyczasie nadeszła wiadomość, że data uruchomienia Wielkiego Zderzacza w CERNie została zmieniona. Końca świata dziś nie będzie. Pozostało zmienić tytuł. "Znów przełożyli koniec świata". Jedyna pociecha, że czytelnicy będą mieli więcej czasu, by delektować się artykułem.

To jednak jeszcze nie koniec Błękitnej Planety. O północy miała zacząć działać piekielna maszyna – dzieło naukowców, którzy marzą o podróżach w czasie. Badacze wierzą, że dzięki niej dowiedzą się, jak powstał wszechświat. Ale część straszy – wystarczy jeden fałszywy krok i szalone zderzanie materii przerodzi się w niekontrolowany łańcuch eksplozji. A Ziemia zamieni się w czarną dziurę. Na razie start akceleratora przesunięto na początek lipca.

I tak dalej, i w ten deseń. Ręce mi za bardzo opadają, żeby tutaj tłumaczyć idiotyzm całego artykułu. Dlatego niech zrobią to za mnie dwaj inni fizycy: W wersji krótkiej i wesołej – mgr Michał P. Heller z Instytutu Fizyki UJ, a w wersji dłuższej i dogłębnej – prof. Krzysztof Fiałkowski z tego samego Instytutu.

Jedyny komentarz, na który się osobiście zdobędę, będzie dotyczył ostatniego akapitu wiekopomnego tekstu. "Dziennikarz" nadmienia tam, że wyklęte słowo "akcelerator" pojawiało się już na kartach dzieł innych mistrzów:

Wielką panikę wzbudziła także słynna książka Dana Browna "Anioły i demony". Tam także jest mowa o akceleratorze.

To naprawdę straszne. Wymawianie słowa "akcelerator" powinno zostać w ogóle zakazane. Natomiast książka – we mnie wzbudziła szereg rozmaitych niekontrolowanych odruchów, ale akurat nie panikę. Dominującym odruchem było ciśnięcie książką o ścianę po przeczytaniu, że fizycy w CERN mają własny wahadłowiec, którym latają do Ameryki. A rządzi nimi żelazną ręką demoniczny starzec na wózku (na sto procent – dr. Strangelove ). W każdym razie odruchy owe nie pozwoliły mi na przeczytanie więcej niż kilku pierwszych stron.

 

Niniejszym nominuję anonimowego "dziennikarza" na pierwsze miejsce w naszym rankingu "dziennikarstwa" "naukowego". (Wejdź na stronę główną i patrz menu po prawej stronie.) Gazeta Dziennik zajmuje tam zaszczytne trzy pierwsze miejsca.

 

Wpis powstał dzięki alarmowi od naszego stałego korespondenta, dr. hab. Pawła Góry z Instytutu Fizyki UJ.

 

Prowokacja w piśmie „Charaktery”

Dr Tomasz Witkowski, psycholog, dokonał ostatnio interesującej prowokacji. Choć jest ona głównie związana z psychologią – ociera się też o fizykę: mamy tam "pola superkwantowe", "pola morfogenetyczne" i – jakże mogłoby go zabraknąć – Einsteina.

O projekcie powiadomił nas sam autor:

Wielki ukłon dla "Młodych Fizyków". Z pewnością zainteresuje Was następująca historia:



W październiku tego roku w popularnonaukowym miesięczniku Charaktery ukazał się artykuł pt.
Wiedza prosto z pola poświęcony nowej psychoterapii. Artykuł zawiera same kłamstwa i fantazje nie mające absolutnie żadnych podstaw naukowych. Mogę to stwierdzić ponad wszelką wątpliwość, ponieważ jestem jego autorem, występującym pod pseudonimem Renata Aulagnier.
Na stronie projektu www.tomaszwitkowski.pl jest dział forum, gdzie gratulacji nie szczędzą zawodowi psychologowie, tacy jak Jacek Santorski i Ryszard Stocki.

Sprawę docenili też organizatorzy konferencji naukowej "Pogranicza nauki. Protonauka – paranauka – pseudonauka", którą już reklamowaliśmy. Dr Witkowski pisze:

24 października referat m. in. opisujący moją prowokację pt. Zamki na piasku: psychologiczne determinanty sukcesu i trwałości pseudonauki został umieszczony w programie konferencji Pogranicza nauki. Protonauka – paranauka – pseudonauka zorganizowanej przez Instytut Filozofii Przyrody i Nauk Przyrodniczych
Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego im. Jana Pawła II. Konferencja
odbędzie się 15-16 listopada 2007 r. w Lublinie.

Blondyni jednak nie wyginą

Pewnego razu obiło mi się o uszy, że naukowcy udowodnili, iż blondyni są w zaniku… Właściwie ta wieść rozeszła się dość szeroko po świecie. Pisały o tym różne agencje prasowe, z BBC na czele. Według jednej wersji – odkrycia mieli dokonać jacyś niemieccy naukowcy, według innej – miał to stwierdzać raport Światowej Organizacji Zdrowia. Informacja głosiła, że ponieważ bycie blondynem jest kodowane w genie recesywnym, to gen ten już za 200 lat zaniknie u ludzkości.

Na szczęście okazało się, że to wszystko kaczka dziennikarska.

"Gen recesywny" – to wcale nie oznacza "gen zanikający w populacji" – jest to gen "słabszy", który da się "nadpisać" przez gen dominujący pochodzący od drugiego rodzica. Ale ten recesywny wciąż tam jest i jest przekazywany dzieciom. No chyba, że jego ekspresja ograniczałaby liczbę potomstwa – wtedy mógłby zanikać, ale w przypadku genu koloru włosów raczej nie ma o tym mowy.

A WHO zdementowało wiadomość o rzekomym raporcie.

Bardzo się cieszę, że to było oszustwo. Inaczej byłoby szkoda, bo ja wolę blondynów.